Błoto jest już wszędzie. Dobiegam do rogu jako jedna z pierwszych. Chwytam 4 noże i wsuwam je sobie za pas, w prawą rękę biorę topór, a w lewą oszczep, szybko zarzucam na plecy granatowy plecak. Niedaleko mnie stoi dziewczyna, chyba z 6 dystryktu rzucam w nią nożem, ale w tym momencie chłopak z jej dystryktu ochrania ją w swoim ciałem, tym samym zabiera sobie życie. Dziewczyna jest przerażona. Zaczyna płakać, ale nie jest głupia, wie że jest moim następnym celem. Rusza w głąb lasu. Gnę za nią. Deszcz ogranicza mi widoczność. Zauważam kilka metrów dalej przebłysk czerwonego koloru. Tak to ona! Pamiętam, że przed tym jak prbowałam ja zabić, sięgała po plecak w tej barwie i go zakładała. Nie moge teraz pozwolić jej uciec, o nie. Sponsorzy muszą zobaczyć, że nie odpuszczam. Biegnę jeszcze szybciej. Jestem zdyszana i zmęczona, ale biegnę dalej. Już mam się poddać i zawrócić, kiedy ją zauważam. Siedzi na ziemi i łka. Penwie darzyła tego chłopaka większym uczuciem. Nagle, kiedy na nią patrzę widzę siebie. Siebie w żałobie, po śmierci Mika. Powinnam ją zabić, powinnam rzucić nożem i odebrać jej życie, ale nie potrawię. O czym myślałam, kiedy chciałam ją zabić. O tym, że w domu czeka na mnie rodzina. Nie wiem. Trybutka z szóstki nie zgłosiła się do igrzysk dobrowolnie, nie chciała tu przyjeżdżać. Nikt nie chciał, no chyba że trybuci z dwójki lub jedynki. Igrzyska ledwo sie rozpoczęły, a ja już zabiła. Ale czy miałam wyjście, gdybym nie ja, to ktoś inny. Na arenie nie ma czegoś takiego jak sumienie, jednka szkoda mi jest tej dziewczyny.
- No śmiało. Zabij mnie. Wiem, że tego chcesz, ja też tego chcę - mówi trybutla z szóstki.
- Nie, nie tym razem - słowa same płyną mi z ust.
Odwracam się, już chcę zawracać, kiedy słyszę huk. Odwracam się w stronę dziewczyny. Leży na ziemi. Martwa. Ktoś tu jest? Jeśli ktoś z moich sojuszników, to uznają mnie za słabą, niepotrzebną i wyeliminują mnie od razu. Patrzę na trybutjkę. Z brzucha leje jej się krew. W ręku trzyma zakrwawiony nóż. Ona sama sobie odebrała życie, bo nie chciała już żyć. Nie rozumiem jej. Oddalam się od zwłok i sidam po jamą, aby przejżeć zawartośc plecaka. Wyciągam małą parasolkę, paczkę suszonych owoców, butelkę z wodą. Na moje szczęście jest napełniona. Piję mały łyk. Wyciągam dalej przedmioty z plecaka. Jest tam jeszcze namiot, napsiane jest na pokrowcu, że jest na max. 3 osoby. Chowam wszystkie przedmioty do plecaka i ruszam w stronę, którą przyszłam. Nie wiem czy robi się ciemniej, ponieważ niebo jest całe w churach i wygląda identycznie jak w chwili rozpoczęcia igrzysk. Wędruję powoli, zaczynam być głodna. O zmierzchu mam być przy rogu obfitości, by spotkać się z sojusznikami. Pewnie jak dojdę do miejsca spotkania, nie będzie tam jeszcze innych. Postanawiam zapolować po drodzę. Tylko, że to nie jest łatwe. Pada deszcz i większość zwięrząt się schowało. Zauważam kilka ptaków, o ile pamiętam z zajęć na treningach są jadalne. Mają taki charakterystyczny pasek na skrzydłach, dzięki którym pamiętam, że nie są trujące. Ptaki lecą nade mną, celuję w jednego nożem. Trawiam. Pada na ziemię tuż obok mnie. Dokładnie go oglądam i jestem pewna, że jest jadalny. Pozostaje jeszcze jedna sprawa. Muszę go upichcić, ale leje niesamowicie i jak na razie nie zapowiada się na poprawę pogody. Przypominam sobie o skałach, tam nie padało. I tak muszę iśc pod róg obfistości, a miejsce bezdesczowe jest blisko niego. Widzę już końcówkę lasu, przed wyjściem z niego rozglądam się i sprawdzam czy nie ma żadnego trybuta. Jest pusto. Idę przed siebie. Dochodzę do skałek. Kiedy wchodzę wyżej nie czuję już kropel deszczu na ciele. Czuję ciepło od razu robi mi się lepiej. Podchodzę do miejsca, w którym nie ma kamieni. Przynoszę gałęzie i podpalam je. Idzie mi to sprawnie, bo na treningach nauczyłam się wielu technik. Pichcę ptaka i rozglądam się, czy nie ma żadnych innych trybutów. Gotowe mięso ptaka dzielę na 6 kawałków. Będzie dla każdego. Jem swój kawałek i ruszam w stronę rogu. Kiedy tylko wychodzę z terenu ze skałami deszcz uderza w moje ciało. Podchodzę do rogu obfitości. Jest tasm jeszcze kilka przedmiotów, ale teraz nic nie uda mi się tam wygrzebać. W rogu jest mały otwór, w którym jest dużo miejsca. Wchodzę tam i siadam na podłodze. Tam jestem bezpieczna od deszczu.
Huk! Pierwszy, drugi, trzeci i tak do szóstego. Czyli zmarło sześciu trybutów. Jedną osobę ja zabaiłam, druga popełniła samobójstwo, co do czterech innych trybutów nie mam pojęcie. Kim byli? Zastanawiam się czy Mike przeżył... Ostatnio widziałam go rano, przed zabraniem mnie z jego pokoju. A jeśli już go nie ma... Nie! Nie mogę o tym myśleć. Przed nocą zjawi się tutaj i reszta moich sojuszników. Robi się coraz ciemniej, czemu nikt się nie pojawia.
Około godzinę później widzę sylwetkę człowieka. Momentalnie chwytam topór do ręki. Postać zbliża się do mnie, chce mnie wyeliminować. Przygotowuję się do oddania rzutu, kiedy wróg zwalnia. Twarz tej osoby rozluźnia się. Rozpoznaję ją. To Ally. Trybutka z pierwszego dystryktu, moja sojuszniczka. Opuszczam topór i uśmiecham się.
- Nie ma nikogo? Myślałam, że przyjdę jako ostatnia - mówi Ally.
- Siedzę tu już od kilku godzin. Zaczynałam się już martwić - wyznaję.
- Z pod rogu uciekłam razem z Hennrym. Goniliśmy trybuta z ósmego dystryktu. W końcu się rozdzieliliśmy. W pewnym momencie usłyszałam huki z armaty i zaczęłam się zastanawiać czy Hennry przeżył, czy chłopak z 8.
- Po drodze zapolowałam na jednego ptaka. Podzieliłam na sześć równych części, więc jak jesteś głodna to wiesz.
- Chętnie bym coś zjadła.
Wyjmuję z plecaka kawałek ptaka i daję go Ally.
- Jak myślisz, przeżyli? - pyta mnie Ally.
- Na pewno, przecież jesteśmty zawodowcami, niedługo wrócą - mówię.
Zaczynam się zastanawiać, czy oni przeżyli. Tak naprawdę to życie Hennrego, Beth i Joego nie za bardzo mnie obchodzą. Martwię się o Mika. Nie, on na pewno przeżył, jest silny i sprytny, nie wpakował by się w kłopoty. Tak na prawdę to na arneie jest jedna osoba, którą kocham i jeszcze jest Ally. Polubiłam ją od samego początku. Nie jest zarozumiała, jest bardzo miła. Na początku wydawało mi się, że nie za bardzo za mną przepada, ale podczas treningów zaprzyjaźniłyśmy się. Beth to co innego. Od samego początku było do wszystkich wrogo nastawiona. Była nawet miła dla Joego, ale on jest z jej dystryktu. Wydaje mi się, że weszłą do sojuszu z nami tylko dla tytułu zawodowca i po to, aby mieć ,,ochronę''. Szczerze mówiąc, to jeżeli nie wróci dzisiaj na noc, to nie będę rozpaczać. Ale tak na prawdę to nie liczę na to. Ona pewnie przez długi czas zostanie na arenie.
- Ally, jestem strasznie zmęcozna, pozwiolisz, że się zdrzemnę? - pytam się Ally.
- Tak, spoko, jak tylko kogoś zobaczę, to cię obudzę.
Zamykam oczy, nagle natrafiam ręką na coś wypukłego w kieszeni moich spodni. Wkładam do niej rękę i wyjmuję rzecz. Perła! To jest perła od Ashley. Zapomniałam o niej, najwidoczniej Rason włożył ją do kieszeni mojego stroju przed igrzyskami. Tak bardzo przypomina mi roześmianą Ashley, energicznego Tom'a, niepokojącą się ciągle matkę i wspaniałego Mika. No właśnie, czmemu Mike jeszcze nie wrócił. Powoli zamykam oczy. Silny wiatr hłosta mnie po twarzy. Ciekawe, która... Mike! Zrywam się na równe nogi. Zasnęłam w rogu obfitości, schroniłam się w nim przed deszczem. Siedziałam tutaj z Ally, ale teraz już jej nie ma. Zakładam plecak, biorę topór i oszczep i wychodzę z budowli. Jest zimno, ale nie pada. Nagle zauważam 3 osoby zmierzające ku mnie. Przygotowuję się do rzutu oszczepem, ale rozpoznaję jedną z postaci. To Hennry. Potem zauważam Ally i.... i Mika! Tak bardzo się cieszę, że go widzę.
- O! Lena obudziłaś się. Kiedy Hennry wrócił, poszliśmy zapolować, po drodze znaleźliśmy Mika - opowiada mi Ally.
- Mike! Tak się cieszę, że jesteś cały! - mówiąc to rzucam się na Mika. On daje mi całusa.
Tak się cieszę, że go widzę, że jest cały i żyje.
- A Beth i Joe? Nie wrócili? - pytam się sojuszników.
- Nie. Za jakąś godzinę będzie ciemno, powinni już dawno wrócić - mówi Hennry.
Udajemy się do środka rogu obfitości, jest tam cieplej niż na zewnątrz. Przeglądamy zawartości naszych plecaków. Każde z nas dysponuje dobrą bronią, mamy też 2 namioty, czyli każdy będzie mógł w nich spać. Mamy jeszcze 4 butelki z wodą, ale tylko moja i Ally jest napełniona. Ally, Hennry i Mike upolowali 4 ptaki po drodze. Upiekli je wcześniej, więc zjadamy sobie po kawałku.
- Ej! Patrzecie, ktoś tu biegnie! - mówi Hennry.
Wszyscy bierzemy do ręki jakąś broń i przygotowujemy się do obrony.
- Chwila! To przecież Beth i Joe - mówi radośnie Hennry. - Zaraz, zaraz, ktoś ich goni!
Zauważam, jak za Beth biegnie 2 chłopaków i 1 dziewczyna. Chcą zabić Beth i Joe. My też jesteśmy w niebezpieczeństwie.
Wybiegamy z rogu, chcemy uciec. Słysze jak ktoś wrzeszczy z bólu. Odwracam się.
Na ziemi leży Joe. Leje sie z niego krew. Jeszcze żyje, ale to nie potrwa długo.
Potem na ziemię pada następny chłopak. Nie krwawi, nie panikuje, poprostu szepcze:
,,uciekaj''
Ally krzyczy do mnie, Hennry też, Beth już dawno zniknęła w lasie, a Joe dławi się krwią. Nie obchodzi mnie, że zaraz mogą mnie zabić. Na ziemi leży nieprzytomny Mike...
Dawaj następny, umieram z ciekawośi!!!!
OdpowiedzUsuń