Podbiegam do Mika. Jego klatka piersiowa się unosi, ale jest nieprzytomny. Ally i Hennry podbiegaja do mnie. Patrzę na silnego chłopaka, chyba z 9 dystryktu, dziewczynę z 5 i chłopca z 3. Ma przestraszoną twarz, jest cały we krwi. To on! To on zabił Joego i Mika! O nie! On zabił Mika, ja zabiję jego! W tym samym momencie dziewczyna z 5 rzuca się na mnie. Czuję ból na lewym ramieniu. Na szczęśie jestem praworęczna, momentalmnie zdaje jej cios nożem w brzuch. Dziewczyna pada. Hennry i Ally rzucają się na chłopaka z 9. Zostawiają mi zabójce mojego kochanka. Podchodzę do niego.
- Czemu mi go odebrałeś?! Czemu?! - krzyczę, chłopak nie odpowiada. - Co? Teraz to już nie jesteś taki dzielny, nic nie umiesz wymówić! Zabrałeś mi go, a ja go kochałam. Zabiłeś go i to był błąd - wypowiadając te słowa wbijam chłopcowi nóż. Pada na ziemie i szepcze:
- Przepraszam, oni mi kazali. Ale on żyj....- tu urywa, słyszę huk.
Powoli przetwarzam jego słowa, on żyje. Podbiegam do Mika. Oddycha, co dziwne, na jego ciele nie ma żadnej rany. Nagle zauważam małą różową strzałkę na jego nadgarstku. Wyjmuję ją. Zaraz, to nie jestes strzałka zabijająca, tylko usypiająca. Przykładam ucho do serca Mika. Nadal bije.
- On żyje! Pomóżcie mi, musimy go zanieść do rogu, tam będzie bezpieczny - mówię.
Widzę jak podchodzi do nas Beth.
- Idźmy już, zimno tu - narzeka Beth
Hennry pomaga mi przetransportować Mika do rogu. Wchodzimy do rogu.
- Jestem głodna, macie jedzenie? - pyta nieprzyjemnym tonem Beth.
- Tylko o tym myślisz, o ty żeby coś zjeść. Przed chwilą straciliśmy Joego, to samo mogło spotkać Mika, a ty nie zrobiłaś nic, żeby nam pomóc! My broniliśmy się, walczyliśmy, a ty poprostu uciekłaś do lasu! Nie zrobiłaś nic, żeby nam pomóc, więc mogłabyć przynajmniej przeprosić! - mówię oskarżycielskim tonem.
- To nie moja wina, że zaczęli nas gomnić! Poza tym, ja ci się nie muszę tłumaczyć! - krzyczy Beth
Już chcę coś powiedzieć, kiedy Ally zabiera głos.
- Przestańcie się kłócić, chyba zapominacie, że znajdujemy się na arenie, a wasze krzyki mogą tu przywołać innych trybutów lub jakieś zwierzęta. Zjedzmy coś, a potem idźmy spać do namiotu.
- Uważam, że najlepiej będzie, jak Beth będzie spała z nami, a ty Lena będziesz z Mikiem - proponuje Hennry.
Wszyscy zgadzamy się na tą propozycję.
Kiedy kończymy posiłek, słyszymy hymn. Patrzymy przez otwór w rogu na niebo.
Najpierw pojawia się twarz Joego, potem dziewczyna i chłopak z 3, dziewczyna z 5, chłopak z 6, dziewczyna i chłopak z 8, chłopak z 9, dziewczyna i chłopak z 12.
To wszyscy, zmarło 10 trybutów. Rozkładamy namioty. Przed pójściem spać owijam sobie jeszcze rękę bandarzem. Wciągam do namiotu nadal nieprzytomnego Mika. Nie chcę zasypiać, dopóki on się nie obudzi. Na straży stoi Beth, a ja jej nie ufam... Po kilku godzinach Mika się budzi.
- Oh, co się stało?
- Mika, jak dobrze, że się obudziłeś!
Przytulam się do niego.
- Co ci w rękę?
- A, to. Dziewczyna z 5 rzuciła się na mnie. Już prawie nie boli.
- Co się stało, długo spałem?
Opowiadam wszystko Mikowi.
- Idźmy już spać, musimy być rano wypoczęci - mówi Mike.
Budzę się rano. Wychodzę z namiotu, wszyscy śpią, nawet Beth, która miała stać na straży, wiedziałam, że nie wolno jej ufać. Wychodzę z rogu. Powietrze jest zimne, ale przyjemne. Nie mamy już nic do jedzenia, ale myśl o pójściu do lasu samą, nie zadowala mnie. Poczkekam, aż ktoś się jeszcze obudzi. Wracam do namiotu. Po chwili ktoś wsuwa głowę do naszego namiotu. To Ally.
- Hej! Powinnyśmy już pobudzić innych - mówi wesele Ally. Ma dobry humor, co jest dziwne, bo przecież jesteśmy na arenie. Oby nam to się udzieliło.
- Okej, masz rację.
Ally wychodzi z namiotu. Chwilę później słyszę zrzędliwy głos Beth. Ally obudziła ją pierwszą.
- Nie powinnaś spać, jeśli byłaś zmęczona powinnaś się zamienić z którymś z nas!- mówi złym tonem Ally.
Chyba jej dobry humor odszedł w nie pamięć, nie dziwię się, Beth potrafi popsuć wszystko.
- Wy na straży?! Nie umielibyście obronić nikogo! - syczy Beth.
- Nie zapominaj, że to my wczoraj zabiliśmy trzech trybutów, kiedy ty chowałaś się w lesie! - krzyczy Ally.
- Co się dzieje? Kto tak krzyczy? - mówi zaspanym głosem Mike.
- Ah, to. To Ally i Beth.
- O co się tak kłócą?
- Bo Beth zasnęła na straży...
Wychodzę wraz z Mikiem z namiotu. Beth ma skwaszoną minę, na mój widok robi się jeszcze bardziej wściekła. Widzę jak Ally patrzy na Beth, gdyby miała przy sobie nóż, pewnie by z największą chęcią zabiła Beth. Hennry wychodzi z namiotu.
- Możecie nie krzyczeć. Gdzieś niedaleko pewnie czają się inni trybuci! Musimy podzielić się obowiązkami, kto pójdzie poszukać jedzenia, a kto pójdzie zapolować na trybutów?
- Ja moge iść poszukać jedzenia - zgłasza się Mike.
- Pójdę z nim, ktoś musi osłaniać - proponuję.
- Ja idę zapolować - mówi znudzonym tonem Beth.
- Ja i Ally też pójdziemy - oznajmia Hennry.
Wychodzimy z rogu uzbrojeni po pasy. Idę z Mikiem do lasu, Beth, Ally i Hennry ustalają gdzie sie spotkają.
W lesie jest przyjemnie, ptaki ćwierkają, drzewa szumią.
- No to co, czego szukamy, ptaków czy jakichś ssaków? - pyta Mike.
- Pierwszego dnia igrzysk goniłam tą drogą dziewczynę, po drodze widziałam jeziorko, na pewno są tam ryby. To niedaleko stąd - oznajmiam.
Mike zgadza się z rozkoszą. Wędrujemy lasem w poszukiwaniu jeziora. Dochodzimy do niego.
- Ja połowię ryby, ty zajmij się wodą - proponuje Mike
Zgadzam się. Napełniam po kolei wszystkie bukłaki i oczyszczam wodę. Wsadzam je do plecaka.
- No i? Jak ci idzie? - pytam się Mika
- Jest okej, już kończę.
-Przygotuję ogień, abyśmy mogli je upichcić.
Układam stos z patyków, podpalam.
- To już wszysktie. Upieczmy je - mówi Mike.
Pichcimy po kolei ryby, razem jest ich 5. Szczerze, to zmagam się z pokusą, aby nie wrzucić spowrotem do wody ryby, która była by Beth. Powstrzymuję się, bo gdybym tak zrobiła, mogł by to być koniec sojuszu między mną i Beth. Gotowe ryby zwijamy w liście i wkładmay do plecaka Mika.
- Może...
Huk! Słowa Mika przerywa strzał z armaty. Ktoś nie żyje, oby Beth...
- Co mówiłeś?
- Zastanawiałem się kiedy odłączymy się od sojuszu...
- Na razie nie powinniśmy. Kiedy odejdziemy, to będziemy pierwszym celem Beth.
- Tak, wiem.
Dochodzimy do rogu, naszych sojuszników jeszcze nie ma. Nagle słyszymy następny strzał z armaty.
Chwilę później widzimy biegnącego Hennrego. Spodziewam się zobaczyć zaraz Ally i Beth, ale żadna z nich się nie pojawia.
- Hennry, a gdzie dziewczyny? - pyta Mike.
- Beth, Ally, trybut z 11... - mamrocze Hennry.
- Co się stało?...
- Byliśmy w lesie, nagle trybut z 11 wyłonił się zza drzew. Nie miał z Ally szans. On rzucił się na nią, ale Ally miała w ręku topór. Wbiła mu go w plecy. Beth wtedy wrzasnęła. Krzyczała, że Ally jest głupia i że nie miała go zabijać, bo oni byli w sojuszu, a z nami Beth była tylko dla ochrony. Ally zaczęła na nią krzyczeć, zobaczyłem, że Beth ma w ręku nóż i nie zawaha się go użyć. Już miałem ją zabić, ale ona była szybsza. Załatwiła Ally w kilka sekund. Celowała we mnie nożem, ale, ale nie trafiła. Rzuciła w drzewo obok mnie. Goniła mnie, ale byłem szybszy.
Słowa Hennrego powoli docierają do mnie.
Ally.... nie żyje. Jedna z dwóch osób na arenie, którym ufałam! Beth ją zabiła..
Igrzyska Śmierci
niedziela, 21 lipca 2013
piątek, 5 lipca 2013
Rozdział VII
Błoto jest już wszędzie. Dobiegam do rogu jako jedna z pierwszych. Chwytam 4 noże i wsuwam je sobie za pas, w prawą rękę biorę topór, a w lewą oszczep, szybko zarzucam na plecy granatowy plecak. Niedaleko mnie stoi dziewczyna, chyba z 6 dystryktu rzucam w nią nożem, ale w tym momencie chłopak z jej dystryktu ochrania ją w swoim ciałem, tym samym zabiera sobie życie. Dziewczyna jest przerażona. Zaczyna płakać, ale nie jest głupia, wie że jest moim następnym celem. Rusza w głąb lasu. Gnę za nią. Deszcz ogranicza mi widoczność. Zauważam kilka metrów dalej przebłysk czerwonego koloru. Tak to ona! Pamiętam, że przed tym jak prbowałam ja zabić, sięgała po plecak w tej barwie i go zakładała. Nie moge teraz pozwolić jej uciec, o nie. Sponsorzy muszą zobaczyć, że nie odpuszczam. Biegnę jeszcze szybciej. Jestem zdyszana i zmęczona, ale biegnę dalej. Już mam się poddać i zawrócić, kiedy ją zauważam. Siedzi na ziemi i łka. Penwie darzyła tego chłopaka większym uczuciem. Nagle, kiedy na nią patrzę widzę siebie. Siebie w żałobie, po śmierci Mika. Powinnam ją zabić, powinnam rzucić nożem i odebrać jej życie, ale nie potrawię. O czym myślałam, kiedy chciałam ją zabić. O tym, że w domu czeka na mnie rodzina. Nie wiem. Trybutka z szóstki nie zgłosiła się do igrzysk dobrowolnie, nie chciała tu przyjeżdżać. Nikt nie chciał, no chyba że trybuci z dwójki lub jedynki. Igrzyska ledwo sie rozpoczęły, a ja już zabiła. Ale czy miałam wyjście, gdybym nie ja, to ktoś inny. Na arenie nie ma czegoś takiego jak sumienie, jednka szkoda mi jest tej dziewczyny.
- No śmiało. Zabij mnie. Wiem, że tego chcesz, ja też tego chcę - mówi trybutla z szóstki.
- Nie, nie tym razem - słowa same płyną mi z ust.
Odwracam się, już chcę zawracać, kiedy słyszę huk. Odwracam się w stronę dziewczyny. Leży na ziemi. Martwa. Ktoś tu jest? Jeśli ktoś z moich sojuszników, to uznają mnie za słabą, niepotrzebną i wyeliminują mnie od razu. Patrzę na trybutjkę. Z brzucha leje jej się krew. W ręku trzyma zakrwawiony nóż. Ona sama sobie odebrała życie, bo nie chciała już żyć. Nie rozumiem jej. Oddalam się od zwłok i sidam po jamą, aby przejżeć zawartośc plecaka. Wyciągam małą parasolkę, paczkę suszonych owoców, butelkę z wodą. Na moje szczęście jest napełniona. Piję mały łyk. Wyciągam dalej przedmioty z plecaka. Jest tam jeszcze namiot, napsiane jest na pokrowcu, że jest na max. 3 osoby. Chowam wszystkie przedmioty do plecaka i ruszam w stronę, którą przyszłam. Nie wiem czy robi się ciemniej, ponieważ niebo jest całe w churach i wygląda identycznie jak w chwili rozpoczęcia igrzysk. Wędruję powoli, zaczynam być głodna. O zmierzchu mam być przy rogu obfitości, by spotkać się z sojusznikami. Pewnie jak dojdę do miejsca spotkania, nie będzie tam jeszcze innych. Postanawiam zapolować po drodzę. Tylko, że to nie jest łatwe. Pada deszcz i większość zwięrząt się schowało. Zauważam kilka ptaków, o ile pamiętam z zajęć na treningach są jadalne. Mają taki charakterystyczny pasek na skrzydłach, dzięki którym pamiętam, że nie są trujące. Ptaki lecą nade mną, celuję w jednego nożem. Trawiam. Pada na ziemię tuż obok mnie. Dokładnie go oglądam i jestem pewna, że jest jadalny. Pozostaje jeszcze jedna sprawa. Muszę go upichcić, ale leje niesamowicie i jak na razie nie zapowiada się na poprawę pogody. Przypominam sobie o skałach, tam nie padało. I tak muszę iśc pod róg obfistości, a miejsce bezdesczowe jest blisko niego. Widzę już końcówkę lasu, przed wyjściem z niego rozglądam się i sprawdzam czy nie ma żadnego trybuta. Jest pusto. Idę przed siebie. Dochodzę do skałek. Kiedy wchodzę wyżej nie czuję już kropel deszczu na ciele. Czuję ciepło od razu robi mi się lepiej. Podchodzę do miejsca, w którym nie ma kamieni. Przynoszę gałęzie i podpalam je. Idzie mi to sprawnie, bo na treningach nauczyłam się wielu technik. Pichcę ptaka i rozglądam się, czy nie ma żadnych innych trybutów. Gotowe mięso ptaka dzielę na 6 kawałków. Będzie dla każdego. Jem swój kawałek i ruszam w stronę rogu. Kiedy tylko wychodzę z terenu ze skałami deszcz uderza w moje ciało. Podchodzę do rogu obfitości. Jest tasm jeszcze kilka przedmiotów, ale teraz nic nie uda mi się tam wygrzebać. W rogu jest mały otwór, w którym jest dużo miejsca. Wchodzę tam i siadam na podłodze. Tam jestem bezpieczna od deszczu.
Huk! Pierwszy, drugi, trzeci i tak do szóstego. Czyli zmarło sześciu trybutów. Jedną osobę ja zabaiłam, druga popełniła samobójstwo, co do czterech innych trybutów nie mam pojęcie. Kim byli? Zastanawiam się czy Mike przeżył... Ostatnio widziałam go rano, przed zabraniem mnie z jego pokoju. A jeśli już go nie ma... Nie! Nie mogę o tym myśleć. Przed nocą zjawi się tutaj i reszta moich sojuszników. Robi się coraz ciemniej, czemu nikt się nie pojawia.
Około godzinę później widzę sylwetkę człowieka. Momentalnie chwytam topór do ręki. Postać zbliża się do mnie, chce mnie wyeliminować. Przygotowuję się do oddania rzutu, kiedy wróg zwalnia. Twarz tej osoby rozluźnia się. Rozpoznaję ją. To Ally. Trybutka z pierwszego dystryktu, moja sojuszniczka. Opuszczam topór i uśmiecham się.
- Nie ma nikogo? Myślałam, że przyjdę jako ostatnia - mówi Ally.
- Siedzę tu już od kilku godzin. Zaczynałam się już martwić - wyznaję.
- Z pod rogu uciekłam razem z Hennrym. Goniliśmy trybuta z ósmego dystryktu. W końcu się rozdzieliliśmy. W pewnym momencie usłyszałam huki z armaty i zaczęłam się zastanawiać czy Hennry przeżył, czy chłopak z 8.
- Po drodze zapolowałam na jednego ptaka. Podzieliłam na sześć równych części, więc jak jesteś głodna to wiesz.
- Chętnie bym coś zjadła.
Wyjmuję z plecaka kawałek ptaka i daję go Ally.
- Jak myślisz, przeżyli? - pyta mnie Ally.
- Na pewno, przecież jesteśmty zawodowcami, niedługo wrócą - mówię.
Zaczynam się zastanawiać, czy oni przeżyli. Tak naprawdę to życie Hennrego, Beth i Joego nie za bardzo mnie obchodzą. Martwię się o Mika. Nie, on na pewno przeżył, jest silny i sprytny, nie wpakował by się w kłopoty. Tak na prawdę to na arneie jest jedna osoba, którą kocham i jeszcze jest Ally. Polubiłam ją od samego początku. Nie jest zarozumiała, jest bardzo miła. Na początku wydawało mi się, że nie za bardzo za mną przepada, ale podczas treningów zaprzyjaźniłyśmy się. Beth to co innego. Od samego początku było do wszystkich wrogo nastawiona. Była nawet miła dla Joego, ale on jest z jej dystryktu. Wydaje mi się, że weszłą do sojuszu z nami tylko dla tytułu zawodowca i po to, aby mieć ,,ochronę''. Szczerze mówiąc, to jeżeli nie wróci dzisiaj na noc, to nie będę rozpaczać. Ale tak na prawdę to nie liczę na to. Ona pewnie przez długi czas zostanie na arenie.
- Ally, jestem strasznie zmęcozna, pozwiolisz, że się zdrzemnę? - pytam się Ally.
- Tak, spoko, jak tylko kogoś zobaczę, to cię obudzę.
Zamykam oczy, nagle natrafiam ręką na coś wypukłego w kieszeni moich spodni. Wkładam do niej rękę i wyjmuję rzecz. Perła! To jest perła od Ashley. Zapomniałam o niej, najwidoczniej Rason włożył ją do kieszeni mojego stroju przed igrzyskami. Tak bardzo przypomina mi roześmianą Ashley, energicznego Tom'a, niepokojącą się ciągle matkę i wspaniałego Mika. No właśnie, czmemu Mike jeszcze nie wrócił. Powoli zamykam oczy. Silny wiatr hłosta mnie po twarzy. Ciekawe, która... Mike! Zrywam się na równe nogi. Zasnęłam w rogu obfitości, schroniłam się w nim przed deszczem. Siedziałam tutaj z Ally, ale teraz już jej nie ma. Zakładam plecak, biorę topór i oszczep i wychodzę z budowli. Jest zimno, ale nie pada. Nagle zauważam 3 osoby zmierzające ku mnie. Przygotowuję się do rzutu oszczepem, ale rozpoznaję jedną z postaci. To Hennry. Potem zauważam Ally i.... i Mika! Tak bardzo się cieszę, że go widzę.
- O! Lena obudziłaś się. Kiedy Hennry wrócił, poszliśmy zapolować, po drodze znaleźliśmy Mika - opowiada mi Ally.
- Mike! Tak się cieszę, że jesteś cały! - mówiąc to rzucam się na Mika. On daje mi całusa.
Tak się cieszę, że go widzę, że jest cały i żyje.
- A Beth i Joe? Nie wrócili? - pytam się sojuszników.
- Nie. Za jakąś godzinę będzie ciemno, powinni już dawno wrócić - mówi Hennry.
Udajemy się do środka rogu obfitości, jest tam cieplej niż na zewnątrz. Przeglądamy zawartości naszych plecaków. Każde z nas dysponuje dobrą bronią, mamy też 2 namioty, czyli każdy będzie mógł w nich spać. Mamy jeszcze 4 butelki z wodą, ale tylko moja i Ally jest napełniona. Ally, Hennry i Mike upolowali 4 ptaki po drodze. Upiekli je wcześniej, więc zjadamy sobie po kawałku.
- Ej! Patrzecie, ktoś tu biegnie! - mówi Hennry.
Wszyscy bierzemy do ręki jakąś broń i przygotowujemy się do obrony.
- Chwila! To przecież Beth i Joe - mówi radośnie Hennry. - Zaraz, zaraz, ktoś ich goni!
Zauważam, jak za Beth biegnie 2 chłopaków i 1 dziewczyna. Chcą zabić Beth i Joe. My też jesteśmy w niebezpieczeństwie.
Wybiegamy z rogu, chcemy uciec. Słysze jak ktoś wrzeszczy z bólu. Odwracam się.
Na ziemi leży Joe. Leje sie z niego krew. Jeszcze żyje, ale to nie potrwa długo.
Potem na ziemię pada następny chłopak. Nie krwawi, nie panikuje, poprostu szepcze:
,,uciekaj''
Ally krzyczy do mnie, Hennry też, Beth już dawno zniknęła w lasie, a Joe dławi się krwią. Nie obchodzi mnie, że zaraz mogą mnie zabić. Na ziemi leży nieprzytomny Mike...
- No śmiało. Zabij mnie. Wiem, że tego chcesz, ja też tego chcę - mówi trybutla z szóstki.
- Nie, nie tym razem - słowa same płyną mi z ust.
Odwracam się, już chcę zawracać, kiedy słyszę huk. Odwracam się w stronę dziewczyny. Leży na ziemi. Martwa. Ktoś tu jest? Jeśli ktoś z moich sojuszników, to uznają mnie za słabą, niepotrzebną i wyeliminują mnie od razu. Patrzę na trybutjkę. Z brzucha leje jej się krew. W ręku trzyma zakrwawiony nóż. Ona sama sobie odebrała życie, bo nie chciała już żyć. Nie rozumiem jej. Oddalam się od zwłok i sidam po jamą, aby przejżeć zawartośc plecaka. Wyciągam małą parasolkę, paczkę suszonych owoców, butelkę z wodą. Na moje szczęście jest napełniona. Piję mały łyk. Wyciągam dalej przedmioty z plecaka. Jest tam jeszcze namiot, napsiane jest na pokrowcu, że jest na max. 3 osoby. Chowam wszystkie przedmioty do plecaka i ruszam w stronę, którą przyszłam. Nie wiem czy robi się ciemniej, ponieważ niebo jest całe w churach i wygląda identycznie jak w chwili rozpoczęcia igrzysk. Wędruję powoli, zaczynam być głodna. O zmierzchu mam być przy rogu obfitości, by spotkać się z sojusznikami. Pewnie jak dojdę do miejsca spotkania, nie będzie tam jeszcze innych. Postanawiam zapolować po drodzę. Tylko, że to nie jest łatwe. Pada deszcz i większość zwięrząt się schowało. Zauważam kilka ptaków, o ile pamiętam z zajęć na treningach są jadalne. Mają taki charakterystyczny pasek na skrzydłach, dzięki którym pamiętam, że nie są trujące. Ptaki lecą nade mną, celuję w jednego nożem. Trawiam. Pada na ziemię tuż obok mnie. Dokładnie go oglądam i jestem pewna, że jest jadalny. Pozostaje jeszcze jedna sprawa. Muszę go upichcić, ale leje niesamowicie i jak na razie nie zapowiada się na poprawę pogody. Przypominam sobie o skałach, tam nie padało. I tak muszę iśc pod róg obfistości, a miejsce bezdesczowe jest blisko niego. Widzę już końcówkę lasu, przed wyjściem z niego rozglądam się i sprawdzam czy nie ma żadnego trybuta. Jest pusto. Idę przed siebie. Dochodzę do skałek. Kiedy wchodzę wyżej nie czuję już kropel deszczu na ciele. Czuję ciepło od razu robi mi się lepiej. Podchodzę do miejsca, w którym nie ma kamieni. Przynoszę gałęzie i podpalam je. Idzie mi to sprawnie, bo na treningach nauczyłam się wielu technik. Pichcę ptaka i rozglądam się, czy nie ma żadnych innych trybutów. Gotowe mięso ptaka dzielę na 6 kawałków. Będzie dla każdego. Jem swój kawałek i ruszam w stronę rogu. Kiedy tylko wychodzę z terenu ze skałami deszcz uderza w moje ciało. Podchodzę do rogu obfitości. Jest tasm jeszcze kilka przedmiotów, ale teraz nic nie uda mi się tam wygrzebać. W rogu jest mały otwór, w którym jest dużo miejsca. Wchodzę tam i siadam na podłodze. Tam jestem bezpieczna od deszczu.
Huk! Pierwszy, drugi, trzeci i tak do szóstego. Czyli zmarło sześciu trybutów. Jedną osobę ja zabaiłam, druga popełniła samobójstwo, co do czterech innych trybutów nie mam pojęcie. Kim byli? Zastanawiam się czy Mike przeżył... Ostatnio widziałam go rano, przed zabraniem mnie z jego pokoju. A jeśli już go nie ma... Nie! Nie mogę o tym myśleć. Przed nocą zjawi się tutaj i reszta moich sojuszników. Robi się coraz ciemniej, czemu nikt się nie pojawia.
Około godzinę później widzę sylwetkę człowieka. Momentalnie chwytam topór do ręki. Postać zbliża się do mnie, chce mnie wyeliminować. Przygotowuję się do oddania rzutu, kiedy wróg zwalnia. Twarz tej osoby rozluźnia się. Rozpoznaję ją. To Ally. Trybutka z pierwszego dystryktu, moja sojuszniczka. Opuszczam topór i uśmiecham się.
- Nie ma nikogo? Myślałam, że przyjdę jako ostatnia - mówi Ally.
- Siedzę tu już od kilku godzin. Zaczynałam się już martwić - wyznaję.
- Z pod rogu uciekłam razem z Hennrym. Goniliśmy trybuta z ósmego dystryktu. W końcu się rozdzieliliśmy. W pewnym momencie usłyszałam huki z armaty i zaczęłam się zastanawiać czy Hennry przeżył, czy chłopak z 8.
- Po drodze zapolowałam na jednego ptaka. Podzieliłam na sześć równych części, więc jak jesteś głodna to wiesz.
- Chętnie bym coś zjadła.
Wyjmuję z plecaka kawałek ptaka i daję go Ally.
- Jak myślisz, przeżyli? - pyta mnie Ally.
- Na pewno, przecież jesteśmty zawodowcami, niedługo wrócą - mówię.
Zaczynam się zastanawiać, czy oni przeżyli. Tak naprawdę to życie Hennrego, Beth i Joego nie za bardzo mnie obchodzą. Martwię się o Mika. Nie, on na pewno przeżył, jest silny i sprytny, nie wpakował by się w kłopoty. Tak na prawdę to na arneie jest jedna osoba, którą kocham i jeszcze jest Ally. Polubiłam ją od samego początku. Nie jest zarozumiała, jest bardzo miła. Na początku wydawało mi się, że nie za bardzo za mną przepada, ale podczas treningów zaprzyjaźniłyśmy się. Beth to co innego. Od samego początku było do wszystkich wrogo nastawiona. Była nawet miła dla Joego, ale on jest z jej dystryktu. Wydaje mi się, że weszłą do sojuszu z nami tylko dla tytułu zawodowca i po to, aby mieć ,,ochronę''. Szczerze mówiąc, to jeżeli nie wróci dzisiaj na noc, to nie będę rozpaczać. Ale tak na prawdę to nie liczę na to. Ona pewnie przez długi czas zostanie na arenie.
- Ally, jestem strasznie zmęcozna, pozwiolisz, że się zdrzemnę? - pytam się Ally.
- Tak, spoko, jak tylko kogoś zobaczę, to cię obudzę.
Zamykam oczy, nagle natrafiam ręką na coś wypukłego w kieszeni moich spodni. Wkładam do niej rękę i wyjmuję rzecz. Perła! To jest perła od Ashley. Zapomniałam o niej, najwidoczniej Rason włożył ją do kieszeni mojego stroju przed igrzyskami. Tak bardzo przypomina mi roześmianą Ashley, energicznego Tom'a, niepokojącą się ciągle matkę i wspaniałego Mika. No właśnie, czmemu Mike jeszcze nie wrócił. Powoli zamykam oczy. Silny wiatr hłosta mnie po twarzy. Ciekawe, która... Mike! Zrywam się na równe nogi. Zasnęłam w rogu obfitości, schroniłam się w nim przed deszczem. Siedziałam tutaj z Ally, ale teraz już jej nie ma. Zakładam plecak, biorę topór i oszczep i wychodzę z budowli. Jest zimno, ale nie pada. Nagle zauważam 3 osoby zmierzające ku mnie. Przygotowuję się do rzutu oszczepem, ale rozpoznaję jedną z postaci. To Hennry. Potem zauważam Ally i.... i Mika! Tak bardzo się cieszę, że go widzę.
- O! Lena obudziłaś się. Kiedy Hennry wrócił, poszliśmy zapolować, po drodze znaleźliśmy Mika - opowiada mi Ally.
- Mike! Tak się cieszę, że jesteś cały! - mówiąc to rzucam się na Mika. On daje mi całusa.
Tak się cieszę, że go widzę, że jest cały i żyje.
- A Beth i Joe? Nie wrócili? - pytam się sojuszników.
- Nie. Za jakąś godzinę będzie ciemno, powinni już dawno wrócić - mówi Hennry.
Udajemy się do środka rogu obfitości, jest tam cieplej niż na zewnątrz. Przeglądamy zawartości naszych plecaków. Każde z nas dysponuje dobrą bronią, mamy też 2 namioty, czyli każdy będzie mógł w nich spać. Mamy jeszcze 4 butelki z wodą, ale tylko moja i Ally jest napełniona. Ally, Hennry i Mike upolowali 4 ptaki po drodze. Upiekli je wcześniej, więc zjadamy sobie po kawałku.
- Ej! Patrzecie, ktoś tu biegnie! - mówi Hennry.
Wszyscy bierzemy do ręki jakąś broń i przygotowujemy się do obrony.
- Chwila! To przecież Beth i Joe - mówi radośnie Hennry. - Zaraz, zaraz, ktoś ich goni!
Zauważam, jak za Beth biegnie 2 chłopaków i 1 dziewczyna. Chcą zabić Beth i Joe. My też jesteśmy w niebezpieczeństwie.
Wybiegamy z rogu, chcemy uciec. Słysze jak ktoś wrzeszczy z bólu. Odwracam się.
Na ziemi leży Joe. Leje sie z niego krew. Jeszcze żyje, ale to nie potrwa długo.
Potem na ziemię pada następny chłopak. Nie krwawi, nie panikuje, poprostu szepcze:
,,uciekaj''
Ally krzyczy do mnie, Hennry też, Beth już dawno zniknęła w lasie, a Joe dławi się krwią. Nie obchodzi mnie, że zaraz mogą mnie zabić. Na ziemi leży nieprzytomny Mike...
piątek, 7 czerwca 2013
Rozdział VI
...8! Nie jest źle, kilku sponsorów zwróci razcej na mnie i Mika uwagę.
- Gratulacje, bardzo dobrze wam poszło - mówi Rason
- Pomimo, że zdobyliście wysokie wyniki na szkoleniu i jesteście już zawodowcami, to nie macie gwarancji na sponsorów. Dużo będzie zależało od wywiadów. Jutro każde z was spędzi pół dnia z Amelią i pół ze mną. Nauczymy was co mówić i jak dobrze sie zaprezentować. Teraz idźcie już spać - mówi Jack.
Wchodzimy do pokoju Mika. Nie chcę mi się myć, więc postanawiam pójść spać w niebieskiej sukience. Mike przytula mnie i całuje w czoło.
- Dobrze nam poszło, mamy duże szanse - mówi Mike
- Nie musisz tego robić... Chronić mnie na arenie. Pewnie będziesz chciał umrzeć za mnie, ale ja ci nie pozwolę - mówię stanowczo.
- Przecież wiesz, że tylko po to się zgłosiłem - odpowiada Mike.
- Ale ja nie chcę wracać do domu bez ciebie. Jeśli ty umrzesz, to ja też - mówię.
Mike udaje, że tego nie słyszy. Zasypiam.
Budzę się rano, przede mną i Mikiem stoi Amelia.
Budzę się rano, przede mną i Mikiem stoi Amelia.
- Wstawaj Lena, nie mamy dużo czasu. Zaczniesz od zajęć ze mną. A ty Mike też się pośpiesz, w salonie czeka na ciebie Jack - mówi Amelia.
Kobieta chwyta mnie za rękę i prowadzi do pokoju, w którym jest tylko fotel. Każe mi się przebrać w długą suknie, ciągnącą mi się po podłodze i buty na bardzo wysokim obcasie. W tych ubraniach oczywiście będę tylko ćwiczyć, bo na wywiad dostanę inną kreację. Zakłądam długą złotą suknie i czarne buty do zestawu. Od razu wiem, że nie będzie mi w nich łatwo chodzić. Amelia cały czas każe mi się uśmiechać i chodzić z gracją. Po paru godzinach opanowuję juz chodzenia na obcasach, ale nadal nie mogę sobie poradzić z suknią. Czuję się jak bym ciągnęła za sobą ciężarówkę!
- Dobrze. Nie jest, aż tak źle. Mam jednka nadzieję, że Rason przygotuje ci krótszą suknie, bo z tą w ogóle sobie nie radzisz - mówi Amelia.
Przebieram się w normalne wygodne ubranie i zdejmuję buty. Amelia odprowadza mnie do salonu, w którym siedzi Jack i Mike. Amelia zostawia mnie, a zabiera ze sobą Mika.
- Dobrze, Lena zadam ci teraz kilka pytań. Odpowiadaj na nie szczerze - prosi Jack.
Przez następne godziny Jack zadaje mi z tysiąc pytań. Prosił mnie, abym na pytania odpowiadała pewnie i uroczo. Idzie mi lepiej niż na zajęciach z Amelią. Po godzinie 18 daje mi spokój i zwołuje wszystkich na kolację.
Zjadam zupę i rozmyślam o tym co mnie spotka za 2 dni...
- Jutro z samego rana ekipa przygotowawcza się wami zajmie. Wieczorem odbędą się wywiady. Najpierw idzie trybutka z dystryktu, potem chłopak. Idźcie już teraz spać, musicie być wypoczęci - mówi Jack.
Jak co noc idę do pokoju Mika. Zasypiam szybko. Nic mi się nie śni, więc gdy budzę się ranno jestem wypoczęta. Chwilę później otwierają się drzwi.
- Wstawajcie! Czas na przygotowanie was do wywiadów - mówi radośnie Doria.
Ekipa przygotowawcza zabiera mnie do mojego pokoju. Myją mnie, nasmarowują pachnącymi kremami. Zakłądają mi szlafrok i sadzają na krześle. Doria zaczyna robić mi makijaż, Ursia fryzurę, a Toren paznokcie. Po kilku godzinach Doria ozanjmia, że czas abym zobaczyła się z moim stylistą, Rasonem. Przeglądam się w lustrze, mam zrobiony lekki makijaż, a włosy mam spięte w koka. Po bokach zwisa mi lużno kilka kosmyków włosów. Rason wchodzi do pokoju.
- Gotowa, aby sie przebrać? - pyta mnie Rason
- Tak - odpowiadam.
Rason zakłada mi suknie, zapina suwak, a na stopy zakłada czarne buty na obcasie. Podchodzę do lustra. Suknia sięga mi przed kolana, jest w kolorze miętowym. Wyglądam w niej niesamowicie.
- I jak, podoba ci się? - pyta Rason.
- Oczywiście jest wspaniała, dziękuje - mówię.
Wychodzimy z pokoju i podchodzimy do windy, tam stoi Mike ze swoją stylistką. Jest ubrany w biały garnitur, jego kołnierz jest w kolorze mojej sukienki.
- Wy już idźcie, my potem do was dojdziemy - oznajmia Jack.
Wchodzę do windy wraz z Mikiem. Przytula mnie. W milczeniu docieramy do sali, z której wejdziemy na scenę. Stajemy z Mikiem za trybutami z trzeciego dystryktu. Wywiady powinny zacząć się za 5 minut. Słyszę gromki głos Caesar Flickerman. W tym roku mam zielone włosy i usta.
Na scenę wchodzi trybutka z pierwszego dystryktu - Ally. Wyglada pięknie, ubrana jest w lawendową suknie. Potem na scenę wchodzi Hennry, Joe i Beth. Nawet nie zauważam kiedy na scenę wchodzi trybut z trzeciego dystryktu, strażnik pokoju bierze mnie za rękę i prowadzi do korytarza, z którego wyjdę na scenę.
- Panie i panowie, wielki brawa dla Leny Scotch! - zapowiada Ceasar.
Wchodzę na scenę, oglądają mnie wszyscy w Panem. Ciekawe co myślą o mnie mama, Tom i Ashley. Siadam na fotelu koło Ceasara.
- Witam cię Leno. Stresujesz się przed igrzyskami? - pyta mnie Ceasar.
Przypominam sobie, że na pytania mam odpowiadać pewnie.
- Nie, jestem pewna że sobie poradzę - mówię stanowczo.
- Ja też jestem tego pewien, być może spotka cię ten sam los, co twojego brata - mówi Ceasar. - Widzieliśmy na paradzie trybutów, że jakaś silna więź łączy cię z Mikiem Crowoardem, czyż nie? - pyta mnie Ceasar.
- Tak, bardzo go kocham - mówię
Jeszcze nigdy mu tego nie powiedziałam. Publiczność się wzrusza. Dzisiaj po wywiadach będę miała ostatnia szansę, aby powiedzieć Mikowi w prost co do niego czuję.
Z zamyśleń wyrywa mnie brzęczyk, czyli koniec mojego wywiadu. Schodzę ze sceny, a w małym telewizorze widzę Mika siadającego koło Ceasara.
- Witaj Mike. Jak sie czujesz?
- Dobrze, nie jeste źle.
- Przed chwilą na scenie usłuszeliśmy miłosne wyznania Leny. Czy czujesz to samo do niej? - pyta Ceasar.
- Tak, jest dla mnie najważniejsza.
- Czy właśnie dlatego zgłosiłeś się dobrowolnie na igrzyska?
- Tak, bo chcę ją chronić i zrobie wszystko żeby wróćiła do domu.
- A jak sie poznaliście? - pyta Ceasar.
Mike nie może powiedziec prawdę, bo spotkaliśmy sie w miejscu nielegalnym.
- Było to na plaży, w zimę. Nie było wielu osób, tylko sami srażnicy pokoju. Siedziała na piasku i tak się zaczęło - opowiada Mike.
Jest w tym troche prawdy, bo w końcu spotkaliśmy sie na plaży, tylko bez strażników pokju, a ja leżałam, a nie siedziałam na piasku.
Publiczność jest wzruszona, niektórzy nawet płaczą. Mike schodzi ze sceny. Nie zwracam uwagi na resztę wywiadów. Stoję wtulona w Mika. Na koniec wywiadów odśpiewujemy hymn. Maszefuję z Mikime do windy. Dojeżdżamy na 4 piętro. W korytarzu czekają na nas Rason, Lora, Jack i Amelia. Nadszedł czas pożegnań.
- Świetnie mi się wami opiekowało. Będzie dobrze, poradzicie sobie - mówi Amelia. Widzę jak z trudem zatrzymuje łzy. Całuje nas w czoło i odchodzi.
- Słuchajcie, jesteście z zawodowcami. Biegniecie do rogu, łapiecie broń i potrzebne rzeczy, a następnie ruszacie za ofiarą. Rozmawiałem z mentorami waszych sprzymierzeńców. Przed wieczorem macie spotkać sie przy rogu obfitości - daje nam wskazówki Jack.
Następnie Jack życzy powodzenia Mikowi i prosi o chwilę rozmowy ze mną.
- Będzie dobrze siostra, poradzisz sobie. Masz naprawdę duże szansę. Pamiętaj, że masz do kogo wracać - mówi Jack - Powodzenia.
Zastanawiam się czy jeszcze kiedyś zobazcę braci, mamę, przyjaciółkę, plaże, może, dom...
Nie żegnamy się ze stylistami. Ostateczne ,,żegnaj'' powiemy sobie jutro pod areną, gdzie dostaniemy ubranie, w którym wystąpimy na arenie. Idę do pokoju Mika, biorę szybki prysznic i kładę się koło chłopaka.
Próbuję zasnąć, ale nie mogę. Nie dam rady. Ile mi jeszcze zostało godzin życia? Czy jutro o tej porze moje ciało będzie odsyłane do czwartego dystryktu w trumnie.
Muszę zasnąć, potrzebuję snu, od jutra nie będe mogła już spać spokojnie.
- Śpisz? - pytam Mika.
- Nie, nie mogę. Zastanawiam się co nas jutro spotka...
- Mike, ja się strasznie boję - mówiąc to, wtulam się mocniej w Mika.
Teraz jest ta chwila. Teraz powinnam mu powiedzieć, że już od dawna go kocham. Powiedzieć mu to w prost, a nie przed kamerami. To jest moja ostatnia chwila na takie wyznania.
- Mike, bo ja chciałam ci coś powiedzieć. Już od dawna chciałam ci to powiedzieć, ale nie wiedziałam jak.
- Chyba wiem o co ci chodzi - mówi Mike.
- Kocham cię. Kocham cie tak bardzo - mówię Mikowi.
- Ja też bardzo cię kocham, będzie dobrze.
Po tych słowach zasypiam. Powiedziałam Mikowi co czuję, on mi też. Jutro igrzyska, jutro już część trybutów umrze. Niektórych sama zabiję...
- Pobudka! Czas, abyśmy wybrali się do samolotu - mówi Rason.
- Do zobaczenia -mówię do Mika.
- Pa! - odpowiada Mike.
A jeśli już nigdy go nie zobaczę? Nie, nie mogę teraz o tym myśleć. Zobaczę się z Mikiem najpóźniej wieczorem.
Kiedy jesteśmy na pasie startowym widzę tam duży samolot. Ma wiele wejść. Widzę trybutów wchodzących do niego. Niektórzy cali drżą, inni nie mogą się doczekać. Podchodzę do drabinki, która unieruchamia moje ciało. Wciąga mnie ona na pokład. Siadam na krześle z numerem 4. Kobieta podchodzi do mnie ze strzykawką i wbija mi ją w ramię.
- To twój lokalizator - tłumaczy kobieta.
Patrzę przez okno. Widzę jak znikają budynki Kapitolu, a chwilę później okna zaciemniają się. To oznacza, że niedługo dolecimy do areny.
Drabinka spuszcza mnie na dół. Znajduję się pod areną. Strażicy pokoju prowadzą mnie do pokoju, w którym czeka na mnie mój stylista.
Wchodzę do pokokju. Rason podaję mi kurtkę.
- To jest kurtka przystowsowana do deszczowych pogód i będzie ci w niej ciepło - tłumaczy mi Rason.
Piję wodę, jem i obawiam sie tego, co mnie spotka
40 sekund...
Tylko tyle mi zostało. Co mnie spotka. Pustynia, czy może ziemia skuta lodem. Tak bardzo się boję!
19 sekund...
Rason bierze mnie za rękę i prowadzi do szklanego cylindra.
- Powodzenia Leno - mówi Rason.
Wchodzę do cylindra, cała drżę. Zaczynam jechać na górę.
Czuję jak zimne krople odbijają się o moją twarz. Momentalnie zakładma na głowę kaptur i zawiązuję go sznureczkami, aby mi nie spad. Winda, która wysunęła mnie na arenę stoi na ziemi, powoli zmieniającje się w błoto. Broń, plecaki i inne rzeczy rozrzucone w okół rogu obfitości są całę mokre i ubrudzone błotem. Odwracam się i prawie spadam z podestu. Za mną jest przepaść, zapewne taka sama zjaduję się po przdciewnej stornie. Z lewej strony rozciąga się las, natomiast z prawej są kamienie, skały, góra. W tamtym obszarze nie pada deszcz, czyli pewnie kryją się tam inne niebezpieczeństwa. Prawie nic nie wiedzę, bo deszcz jest już teraz ulewą.
Za 30 sekund będziemy mogli zejść z podestów. Szuakm wzrokiem Mika, nie wiedzę go. Za to 2 lub 3 miejsca dalej stoi Hennry, a jeszcze dalej Ally.
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
Słyszę dźwięk gongu. Gnam do rogu ile sił w nogach.
Igrzyska już się rozpoczęły...
Zjadam zupę i rozmyślam o tym co mnie spotka za 2 dni...
- Jutro z samego rana ekipa przygotowawcza się wami zajmie. Wieczorem odbędą się wywiady. Najpierw idzie trybutka z dystryktu, potem chłopak. Idźcie już teraz spać, musicie być wypoczęci - mówi Jack.
Jak co noc idę do pokoju Mika. Zasypiam szybko. Nic mi się nie śni, więc gdy budzę się ranno jestem wypoczęta. Chwilę później otwierają się drzwi.
- Wstawajcie! Czas na przygotowanie was do wywiadów - mówi radośnie Doria.
Ekipa przygotowawcza zabiera mnie do mojego pokoju. Myją mnie, nasmarowują pachnącymi kremami. Zakłądają mi szlafrok i sadzają na krześle. Doria zaczyna robić mi makijaż, Ursia fryzurę, a Toren paznokcie. Po kilku godzinach Doria ozanjmia, że czas abym zobaczyła się z moim stylistą, Rasonem. Przeglądam się w lustrze, mam zrobiony lekki makijaż, a włosy mam spięte w koka. Po bokach zwisa mi lużno kilka kosmyków włosów. Rason wchodzi do pokoju.
- Gotowa, aby sie przebrać? - pyta mnie Rason
- Tak - odpowiadam.
Rason zakłada mi suknie, zapina suwak, a na stopy zakłada czarne buty na obcasie. Podchodzę do lustra. Suknia sięga mi przed kolana, jest w kolorze miętowym. Wyglądam w niej niesamowicie.
- I jak, podoba ci się? - pyta Rason.
- Oczywiście jest wspaniała, dziękuje - mówię.
Wychodzimy z pokoju i podchodzimy do windy, tam stoi Mike ze swoją stylistką. Jest ubrany w biały garnitur, jego kołnierz jest w kolorze mojej sukienki.
- Wy już idźcie, my potem do was dojdziemy - oznajmia Jack.
Wchodzę do windy wraz z Mikiem. Przytula mnie. W milczeniu docieramy do sali, z której wejdziemy na scenę. Stajemy z Mikiem za trybutami z trzeciego dystryktu. Wywiady powinny zacząć się za 5 minut. Słyszę gromki głos Caesar Flickerman. W tym roku mam zielone włosy i usta.
Na scenę wchodzi trybutka z pierwszego dystryktu - Ally. Wyglada pięknie, ubrana jest w lawendową suknie. Potem na scenę wchodzi Hennry, Joe i Beth. Nawet nie zauważam kiedy na scenę wchodzi trybut z trzeciego dystryktu, strażnik pokoju bierze mnie za rękę i prowadzi do korytarza, z którego wyjdę na scenę.
- Panie i panowie, wielki brawa dla Leny Scotch! - zapowiada Ceasar.
Wchodzę na scenę, oglądają mnie wszyscy w Panem. Ciekawe co myślą o mnie mama, Tom i Ashley. Siadam na fotelu koło Ceasara.
- Witam cię Leno. Stresujesz się przed igrzyskami? - pyta mnie Ceasar.
Przypominam sobie, że na pytania mam odpowiadać pewnie.
- Nie, jestem pewna że sobie poradzę - mówię stanowczo.
- Ja też jestem tego pewien, być może spotka cię ten sam los, co twojego brata - mówi Ceasar. - Widzieliśmy na paradzie trybutów, że jakaś silna więź łączy cię z Mikiem Crowoardem, czyż nie? - pyta mnie Ceasar.
- Tak, bardzo go kocham - mówię
Jeszcze nigdy mu tego nie powiedziałam. Publiczność się wzrusza. Dzisiaj po wywiadach będę miała ostatnia szansę, aby powiedzieć Mikowi w prost co do niego czuję.
Z zamyśleń wyrywa mnie brzęczyk, czyli koniec mojego wywiadu. Schodzę ze sceny, a w małym telewizorze widzę Mika siadającego koło Ceasara.
- Witaj Mike. Jak sie czujesz?
- Dobrze, nie jeste źle.
- Przed chwilą na scenie usłuszeliśmy miłosne wyznania Leny. Czy czujesz to samo do niej? - pyta Ceasar.
- Tak, jest dla mnie najważniejsza.
- Czy właśnie dlatego zgłosiłeś się dobrowolnie na igrzyska?
- Tak, bo chcę ją chronić i zrobie wszystko żeby wróćiła do domu.
- A jak sie poznaliście? - pyta Ceasar.
Mike nie może powiedziec prawdę, bo spotkaliśmy sie w miejscu nielegalnym.
- Było to na plaży, w zimę. Nie było wielu osób, tylko sami srażnicy pokoju. Siedziała na piasku i tak się zaczęło - opowiada Mike.
Jest w tym troche prawdy, bo w końcu spotkaliśmy sie na plaży, tylko bez strażników pokju, a ja leżałam, a nie siedziałam na piasku.
Publiczność jest wzruszona, niektórzy nawet płaczą. Mike schodzi ze sceny. Nie zwracam uwagi na resztę wywiadów. Stoję wtulona w Mika. Na koniec wywiadów odśpiewujemy hymn. Maszefuję z Mikime do windy. Dojeżdżamy na 4 piętro. W korytarzu czekają na nas Rason, Lora, Jack i Amelia. Nadszedł czas pożegnań.
- Świetnie mi się wami opiekowało. Będzie dobrze, poradzicie sobie - mówi Amelia. Widzę jak z trudem zatrzymuje łzy. Całuje nas w czoło i odchodzi.
- Słuchajcie, jesteście z zawodowcami. Biegniecie do rogu, łapiecie broń i potrzebne rzeczy, a następnie ruszacie za ofiarą. Rozmawiałem z mentorami waszych sprzymierzeńców. Przed wieczorem macie spotkać sie przy rogu obfitości - daje nam wskazówki Jack.
Następnie Jack życzy powodzenia Mikowi i prosi o chwilę rozmowy ze mną.
- Będzie dobrze siostra, poradzisz sobie. Masz naprawdę duże szansę. Pamiętaj, że masz do kogo wracać - mówi Jack - Powodzenia.
Zastanawiam się czy jeszcze kiedyś zobazcę braci, mamę, przyjaciółkę, plaże, może, dom...
Nie żegnamy się ze stylistami. Ostateczne ,,żegnaj'' powiemy sobie jutro pod areną, gdzie dostaniemy ubranie, w którym wystąpimy na arenie. Idę do pokoju Mika, biorę szybki prysznic i kładę się koło chłopaka.
Próbuję zasnąć, ale nie mogę. Nie dam rady. Ile mi jeszcze zostało godzin życia? Czy jutro o tej porze moje ciało będzie odsyłane do czwartego dystryktu w trumnie.
Muszę zasnąć, potrzebuję snu, od jutra nie będe mogła już spać spokojnie.
- Śpisz? - pytam Mika.
- Nie, nie mogę. Zastanawiam się co nas jutro spotka...
- Mike, ja się strasznie boję - mówiąc to, wtulam się mocniej w Mika.
Teraz jest ta chwila. Teraz powinnam mu powiedzieć, że już od dawna go kocham. Powiedzieć mu to w prost, a nie przed kamerami. To jest moja ostatnia chwila na takie wyznania.
- Mike, bo ja chciałam ci coś powiedzieć. Już od dawna chciałam ci to powiedzieć, ale nie wiedziałam jak.
- Chyba wiem o co ci chodzi - mówi Mike.
- Kocham cię. Kocham cie tak bardzo - mówię Mikowi.
- Ja też bardzo cię kocham, będzie dobrze.
Po tych słowach zasypiam. Powiedziałam Mikowi co czuję, on mi też. Jutro igrzyska, jutro już część trybutów umrze. Niektórych sama zabiję...
- Pobudka! Czas, abyśmy wybrali się do samolotu - mówi Rason.
- Do zobaczenia -mówię do Mika.
- Pa! - odpowiada Mike.
A jeśli już nigdy go nie zobaczę? Nie, nie mogę teraz o tym myśleć. Zobaczę się z Mikiem najpóźniej wieczorem.
Kiedy jesteśmy na pasie startowym widzę tam duży samolot. Ma wiele wejść. Widzę trybutów wchodzących do niego. Niektórzy cali drżą, inni nie mogą się doczekać. Podchodzę do drabinki, która unieruchamia moje ciało. Wciąga mnie ona na pokład. Siadam na krześle z numerem 4. Kobieta podchodzi do mnie ze strzykawką i wbija mi ją w ramię.
- To twój lokalizator - tłumaczy kobieta.
Patrzę przez okno. Widzę jak znikają budynki Kapitolu, a chwilę później okna zaciemniają się. To oznacza, że niedługo dolecimy do areny.
Drabinka spuszcza mnie na dół. Znajduję się pod areną. Strażicy pokoju prowadzą mnie do pokoju, w którym czeka na mnie mój stylista.
Wchodzę do pokokju. Rason podaję mi kurtkę.
- To jest kurtka przystowsowana do deszczowych pogód i będzie ci w niej ciepło - tłumaczy mi Rason.
Piję wodę, jem i obawiam sie tego, co mnie spotka
40 sekund...
Tylko tyle mi zostało. Co mnie spotka. Pustynia, czy może ziemia skuta lodem. Tak bardzo się boję!
19 sekund...
Rason bierze mnie za rękę i prowadzi do szklanego cylindra.
- Powodzenia Leno - mówi Rason.
Wchodzę do cylindra, cała drżę. Zaczynam jechać na górę.
Czuję jak zimne krople odbijają się o moją twarz. Momentalnie zakładma na głowę kaptur i zawiązuję go sznureczkami, aby mi nie spad. Winda, która wysunęła mnie na arenę stoi na ziemi, powoli zmieniającje się w błoto. Broń, plecaki i inne rzeczy rozrzucone w okół rogu obfitości są całę mokre i ubrudzone błotem. Odwracam się i prawie spadam z podestu. Za mną jest przepaść, zapewne taka sama zjaduję się po przdciewnej stornie. Z lewej strony rozciąga się las, natomiast z prawej są kamienie, skały, góra. W tamtym obszarze nie pada deszcz, czyli pewnie kryją się tam inne niebezpieczeństwa. Prawie nic nie wiedzę, bo deszcz jest już teraz ulewą.
Za 30 sekund będziemy mogli zejść z podestów. Szuakm wzrokiem Mika, nie wiedzę go. Za to 2 lub 3 miejsca dalej stoi Hennry, a jeszcze dalej Ally.
10
9
8
7
6
5
4
3
2
1
Słyszę dźwięk gongu. Gnam do rogu ile sił w nogach.
Igrzyska już się rozpoczęły...
poniedziałek, 27 maja 2013
Rozdział V
Plaża, morze. Kocham to miejsce, tam zawsze byłam szczęśliwa. Kiedy tata umarł, to ja i Jack zostaliśmy żywicielami. Wybieraliśmy sie na taką jedna małą plażę. Wszelkie łowienie ryb na własną korzyść było zakazane i karane śmiercią. Ojciec zanim zmarł zdąrzył nam pokazać sekretne miejsce, o którym wiedzieli nieliczni. Aby się tam dostać trzebabyło przejść przez lasek. Gdy się z niego wychodziło znajdowałeś się na plaży. Potem należało popłynąć w prawo. Po ok. 15 minutach dopływało się do małej wysepki. Kręciło się tam dużo ryb i było płytko, więc miejsce to było wymarzone.
Pewnego dnia udałam sie tam sama, bez Jack'a. Położyłam się na piasku i myślała. W pewnym momencie usłyszałam szyjeś kroki. Od razu zerwałam się z miejsca. To na pewno strażnik pokoju - myślę - przyszedł by mnie ukarać.
- Nie powinnaś tu przebywać, mogą cię za to zabić - oznajmił nieznajomy głos.
To nie był strażnik, bo głos brzmiał nastoletnio, ale nie dorosło. Należał do chłopca.
Odwracam się w jego kierunku, był wysoki, miał krótkie blond włosy, a w ręku trzymał noże.
- Tak samo i ciebie - mówię do chłopaka.
- Nazywam się Mike, mam 13 lat i wiem, jak się ukryć, a ty leżąc tutaj, zwracasz na siebie uwagę. A tak w ogóle jak się nazywasz? - pyta mnie Mike.
- Lena - burczę
- Ile masz lat, 12, może tyle ile ja... - rozmyśla na głos chłopak.
- 11 - mówię
- Co tutaj tak w ogóle robisz? Opalsz się? - pyta ze śmiechem
- Nie. Łowię - znowu burczę
- Taa, i co złowiłaś już coś?
Wtedy wyciągam z worka 2 ryby. Chłopak unosi brwi z uznaniem.
- Czym je złowiłaś? - pyta.
- Trójzębem mojego taty. Kiedyś należał do niego - mówię.
Od tamtej chwili codzinnie spotykamy się na tajemniczej plaży. Kiedy nadchodzi czas moich pierwszych dożynek, Mike mnie wspiera. Jest wtedy bardzo wysoki, być może wyższy od tych co mają 18 lat, a ma 14. Kiedy mam 13 lat, a on 15 miedzy nami zaczyna dziać się cos więcej, jest to jakieś wyjątkowe uczucie. Pewnego dnia pływamy razem w morzu, wygłupiamy się i w pewnej chwili nasze wargi stykają się. Czuje się wspaniale. Nigdy nie całowałam chłopaka, ale to co się wtedy czuje jest niesamowite i niezapomniane. Jesteśmy coraz bliżej siebie, wspieramy się przed dożynkami, spędzamy wiele czasu.
Budzę się rano wyspana i zadowolona. Byłam wtedy taka szczęśliwa, a teraz być może oboje umrzemy...
- Spałaś jak szczęśliwe dziecko. - mówi Mike
- Tak, byłam szczęśliwa. - mówię.
- Co ci się śniło? - pyta.
- Plaża, nasz czwarty dystrykt. To jak cie poznałam. Pamiętam jaki miły dla mnie wtedy byłeś - mówię sarkastycznie.
- No wiesz, położyłaś się na widoku - usprawiedliwia się Mike.
- A tak w ogóle, czemu chciałeś spędzać ze mną czas. Byłam 2 lata młodsza - mówię do Mika.
- Wiesz, mieliśmy takie same zajęcia. Łowiliśmy dla rodzin. Poza tym twój brat był moim kumplem, więc musiałm cie widywać - śmieje się Mike.
- Pewnie w ogóle mnie nie lubiłeś - myślę głośno.
- W ogóle cie wtedy nie znałem. Ale z czasem naprawdę cie polubiłem.
Zastanwaim się jak dzięki Mikowi moje życie sie zmieniło. On sprawiał, że czułam się szczęśliwa i zapominałam o tym, w jakich czasach żyjemy.
Wstaję i wędruje do swojego pokoju. Biorę szybki prysznic i ubieram się w strój, któy leży na moim łóżku. Jest to granatowy kostium spycjalnie przygotowany na treningi. Wychodzę z pokoju i kieruję się do jadlani. Tam czeka już na mnie Jack, Amelia i Mike.
Nakładam sobie na talerz grzanki z serem i piję sok. Gdy wszyscy kończymy posiłek Jack zabiera głos.
- Dziś pierwszy trening. Wykorzystajcie czas na ćwiczenia z bronią. Zainteresujcie sobą trybutów z jedynki i dwójki, jeśli dobrze pójdzie to do obiadu powinniście być w sojuszu - oznajmia nam Jack.
Cwilę później podchodzi do nas Amelia z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Czas ruszać do ośrodka treningowego.
Wsiadamy do windy i jedziemy pod ziemię. W sali jest już większość trybutów. Czuję, jak ktoś przykleja mi coś do pleców. Po chwili zauważma, że jest to kartka z numerem mojego dystryktu. Podchodzę z Mikiem do grupki trybutów. Bardzo młoda kobieta o imieniu Atala zaczyna objaśniac nam zasady.
- Możecie kożystać ze wszystkich tutaj rzeczy. Nie wdajecie się w bujki z innymi trynutami. Ćwiczycie z naszymi asystentami. Radzę wam poduczyć sie wszystkich tutaj rzeczy, nawet rozpalania ogniska - Atala kończy i pozwala nam się przemieszczać po sali.
- Od czego zaczniemy? - pyta mnie Mike.
- Może pójdziemy do stanowiska z trózębami? - sugeruję.
Mike się zgadza. Podchodzimy do stanowiska, ale trener od razu widzi, że ta broń nie jest nam obca. Po chwili odchodzi i pozwala nam swobodnie używać trójzębu. Nie mamy z tym najmniejszego problemu. W końcu od kilku lat używamy tego typu broni. Kontem oka zauważam jak trybutka z dwójki nam się przygląda.
Niech zobaczy co umiemy - myślę.
Po kilku chwilach udajemy sie dostanowiska z łukami i uczymy się jak celnie z nich strzelać. Na początku nie idzie mi wspaniale, ale później opanowuję to do prawie perfekcji. Do przerwy na obiad mamy już w większości wszystko opanowane. Jest to na pewno zasługa tego, że od 12 roku życia trenowani byliśmy w domu.
- Czas na obiad. Zapraszam wszystkich trybutów do jadalni - oznajmia Atala z głośników.
Wszyscy trybuci jedzą w jednym pomieszczeniu. Podchodzę do okienka i biorę swoją porcje jedzenia. Mamy naleśniki z konfiturami.
- Ej! Mike, Lena, chodźcie, usiądźcie z nami - słyszę głos zawodowca z jedynki.
Idziemy w stronę ich stołu. Chyba nam się udało. Jesteśmy chyba w sojuszu!
- Nazywam się Hennry - przedstawia się chłopak z jedynki - to jest trybutka z mojego dystryktu - Ally. A to Joe i Beth z dwójki - mówi nam Hennry.
- Ja jestem Mike, a to jest Lena - mówi za mnie Mike.
- Tak, chodzi o to, czy nie chcielibyście być z nami w sojuszu? - proponuje Joe.
- Jasne, czemu nie - mówię.
- Pewnie - dodaje Mike.
Jemy razem obiad, a przez reszte dnia spędzam czas na przemian z Ally, czasem z Beth. Pezy stoisku z nożami jestem z Hennry'm.
- Spółczuję ci - mówi.
- Nierozumiem.
- No wiesz, ty i Mike sie kochacie, a bierzecie udział w igrzysakch razem - mówi. - Kiedy rzucałem razem z nim oszczepem to mówił, że będzie cie chronił i takie tam - oznajmia Hennry.
- Wiem to
Odkładam noże do miski i odchodzę. Nie mam ochpty rozmawiać z nim o tym co się dzieje między mną a Mikiem. Po co on mu się zwierzał?
Jack jest z nas dumny, bo teraz jesteśmy zawodowcami. Drugiego dnia uczymy się rozpalać ognisko i różne inne rzeczy potrzebne do przetrwania.
Ostatniego dnia ćwiczeń po obiedzie wzywani jesteśmy na indywidualne pokazy. Każdy ma po 15 minut. Najpierw idzie chłopak z dystryktu, a potem dziewczyna. Denerwuje się trochę, ale muszę mysleć pozytywnie, tyle, że jak ostatnio tak pozytywnie myślałam, to chwilę później zostałam wylosowana na igrzyska.
- Mike Crawfoard - oznajmia głos dochodzący z głosników.
- Powodzenia, będzie dobrze - mówię
- Tobie też powodzenia.
Po około 15 minutach zostaje wezwana na salę.
- Lena Scotch - przedstawiam się.
Podchodzę do trójzębów. Rzucam dwoma, ląduja idelanie na środku serca kukły. Zawiązuje kilka węzłów. Rzucam nożami, każdy trafia w cel. Na sam koniec biorę do ręki topór. Ponieważ już każda kukła jest przez mnie nadziana, celuję w dzirę w ścianie. Trafima idealnie.
- Dziękujemy panno Scotch.
Daję symboliczny ukłon i wychodzę.
Kiedy jestem już na naszym pietrze w korytarzu nie ma nikogo, kto chciał by wiedzieć jak mi poszło, więc postanawiam udać się do pokoju. Kąpię się i przebieram w zwiewną niebieską sukienkę. Jestem tak zmęczona, że po chwili zasypiam.
Budzi mnie głośne pukanie do drzwi.
- Och zlituj się Lena, otwieraj. Kolacja, pośpiesz się! - krzyczy Jack.
Wstaję z łóżka i wędruję do jadlani.
- O! Nareszcie - mówi ponuro Jack.
- Przepraszam, byłam strasznie śpiąca.
Nie mam w ogóle apetytu. Jem bułkę z masłem i popijam herbatą. Kiedy reszta kończy posiłek, siadamy przed telewizorem i czekamy na program.
Później na ekranie pojawia się godło.
Hennry dostaje 10 punktów, a Ally 7, Joe i Beth zdobywają po 8 punktów. Po trybutce z trójki na ekranie pojawia się zdjęcia Mika. Dostaje on...10! To fantastyczny wynik. Ja chyba za bardzo nie powaliłam organizatorów swoim występem. Oby to był wsoki wynik.
Mój wynik to...
Pewnego dnia udałam sie tam sama, bez Jack'a. Położyłam się na piasku i myślała. W pewnym momencie usłyszałam szyjeś kroki. Od razu zerwałam się z miejsca. To na pewno strażnik pokoju - myślę - przyszedł by mnie ukarać.
- Nie powinnaś tu przebywać, mogą cię za to zabić - oznajmił nieznajomy głos.
To nie był strażnik, bo głos brzmiał nastoletnio, ale nie dorosło. Należał do chłopca.
Odwracam się w jego kierunku, był wysoki, miał krótkie blond włosy, a w ręku trzymał noże.
- Tak samo i ciebie - mówię do chłopaka.
- Nazywam się Mike, mam 13 lat i wiem, jak się ukryć, a ty leżąc tutaj, zwracasz na siebie uwagę. A tak w ogóle jak się nazywasz? - pyta mnie Mike.
- Lena - burczę
- Ile masz lat, 12, może tyle ile ja... - rozmyśla na głos chłopak.
- 11 - mówię
- Co tutaj tak w ogóle robisz? Opalsz się? - pyta ze śmiechem
- Nie. Łowię - znowu burczę
- Taa, i co złowiłaś już coś?
Wtedy wyciągam z worka 2 ryby. Chłopak unosi brwi z uznaniem.
- Czym je złowiłaś? - pyta.
- Trójzębem mojego taty. Kiedyś należał do niego - mówię.
Od tamtej chwili codzinnie spotykamy się na tajemniczej plaży. Kiedy nadchodzi czas moich pierwszych dożynek, Mike mnie wspiera. Jest wtedy bardzo wysoki, być może wyższy od tych co mają 18 lat, a ma 14. Kiedy mam 13 lat, a on 15 miedzy nami zaczyna dziać się cos więcej, jest to jakieś wyjątkowe uczucie. Pewnego dnia pływamy razem w morzu, wygłupiamy się i w pewnej chwili nasze wargi stykają się. Czuje się wspaniale. Nigdy nie całowałam chłopaka, ale to co się wtedy czuje jest niesamowite i niezapomniane. Jesteśmy coraz bliżej siebie, wspieramy się przed dożynkami, spędzamy wiele czasu.
Budzę się rano wyspana i zadowolona. Byłam wtedy taka szczęśliwa, a teraz być może oboje umrzemy...
- Spałaś jak szczęśliwe dziecko. - mówi Mike
- Tak, byłam szczęśliwa. - mówię.
- Co ci się śniło? - pyta.
- Plaża, nasz czwarty dystrykt. To jak cie poznałam. Pamiętam jaki miły dla mnie wtedy byłeś - mówię sarkastycznie.
- No wiesz, położyłaś się na widoku - usprawiedliwia się Mike.
- A tak w ogóle, czemu chciałeś spędzać ze mną czas. Byłam 2 lata młodsza - mówię do Mika.
- Wiesz, mieliśmy takie same zajęcia. Łowiliśmy dla rodzin. Poza tym twój brat był moim kumplem, więc musiałm cie widywać - śmieje się Mike.
- Pewnie w ogóle mnie nie lubiłeś - myślę głośno.
- W ogóle cie wtedy nie znałem. Ale z czasem naprawdę cie polubiłem.
Zastanwaim się jak dzięki Mikowi moje życie sie zmieniło. On sprawiał, że czułam się szczęśliwa i zapominałam o tym, w jakich czasach żyjemy.
Wstaję i wędruje do swojego pokoju. Biorę szybki prysznic i ubieram się w strój, któy leży na moim łóżku. Jest to granatowy kostium spycjalnie przygotowany na treningi. Wychodzę z pokoju i kieruję się do jadlani. Tam czeka już na mnie Jack, Amelia i Mike.
Nakładam sobie na talerz grzanki z serem i piję sok. Gdy wszyscy kończymy posiłek Jack zabiera głos.
- Dziś pierwszy trening. Wykorzystajcie czas na ćwiczenia z bronią. Zainteresujcie sobą trybutów z jedynki i dwójki, jeśli dobrze pójdzie to do obiadu powinniście być w sojuszu - oznajmia nam Jack.
Cwilę później podchodzi do nas Amelia z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Czas ruszać do ośrodka treningowego.
Wsiadamy do windy i jedziemy pod ziemię. W sali jest już większość trybutów. Czuję, jak ktoś przykleja mi coś do pleców. Po chwili zauważma, że jest to kartka z numerem mojego dystryktu. Podchodzę z Mikiem do grupki trybutów. Bardzo młoda kobieta o imieniu Atala zaczyna objaśniac nam zasady.
- Możecie kożystać ze wszystkich tutaj rzeczy. Nie wdajecie się w bujki z innymi trynutami. Ćwiczycie z naszymi asystentami. Radzę wam poduczyć sie wszystkich tutaj rzeczy, nawet rozpalania ogniska - Atala kończy i pozwala nam się przemieszczać po sali.
- Od czego zaczniemy? - pyta mnie Mike.
- Może pójdziemy do stanowiska z trózębami? - sugeruję.
Mike się zgadza. Podchodzimy do stanowiska, ale trener od razu widzi, że ta broń nie jest nam obca. Po chwili odchodzi i pozwala nam swobodnie używać trójzębu. Nie mamy z tym najmniejszego problemu. W końcu od kilku lat używamy tego typu broni. Kontem oka zauważam jak trybutka z dwójki nam się przygląda.
Niech zobaczy co umiemy - myślę.
Po kilku chwilach udajemy sie dostanowiska z łukami i uczymy się jak celnie z nich strzelać. Na początku nie idzie mi wspaniale, ale później opanowuję to do prawie perfekcji. Do przerwy na obiad mamy już w większości wszystko opanowane. Jest to na pewno zasługa tego, że od 12 roku życia trenowani byliśmy w domu.
- Czas na obiad. Zapraszam wszystkich trybutów do jadalni - oznajmia Atala z głośników.
Wszyscy trybuci jedzą w jednym pomieszczeniu. Podchodzę do okienka i biorę swoją porcje jedzenia. Mamy naleśniki z konfiturami.
- Ej! Mike, Lena, chodźcie, usiądźcie z nami - słyszę głos zawodowca z jedynki.
Idziemy w stronę ich stołu. Chyba nam się udało. Jesteśmy chyba w sojuszu!
- Nazywam się Hennry - przedstawia się chłopak z jedynki - to jest trybutka z mojego dystryktu - Ally. A to Joe i Beth z dwójki - mówi nam Hennry.
- Ja jestem Mike, a to jest Lena - mówi za mnie Mike.
- Tak, chodzi o to, czy nie chcielibyście być z nami w sojuszu? - proponuje Joe.
- Jasne, czemu nie - mówię.
- Pewnie - dodaje Mike.
Jemy razem obiad, a przez reszte dnia spędzam czas na przemian z Ally, czasem z Beth. Pezy stoisku z nożami jestem z Hennry'm.
- Spółczuję ci - mówi.
- Nierozumiem.
- No wiesz, ty i Mike sie kochacie, a bierzecie udział w igrzysakch razem - mówi. - Kiedy rzucałem razem z nim oszczepem to mówił, że będzie cie chronił i takie tam - oznajmia Hennry.
- Wiem to
Odkładam noże do miski i odchodzę. Nie mam ochpty rozmawiać z nim o tym co się dzieje między mną a Mikiem. Po co on mu się zwierzał?
Jack jest z nas dumny, bo teraz jesteśmy zawodowcami. Drugiego dnia uczymy się rozpalać ognisko i różne inne rzeczy potrzebne do przetrwania.
Ostatniego dnia ćwiczeń po obiedzie wzywani jesteśmy na indywidualne pokazy. Każdy ma po 15 minut. Najpierw idzie chłopak z dystryktu, a potem dziewczyna. Denerwuje się trochę, ale muszę mysleć pozytywnie, tyle, że jak ostatnio tak pozytywnie myślałam, to chwilę później zostałam wylosowana na igrzyska.
- Mike Crawfoard - oznajmia głos dochodzący z głosników.
- Powodzenia, będzie dobrze - mówię
- Tobie też powodzenia.
Po około 15 minutach zostaje wezwana na salę.
- Lena Scotch - przedstawiam się.
Podchodzę do trójzębów. Rzucam dwoma, ląduja idelanie na środku serca kukły. Zawiązuje kilka węzłów. Rzucam nożami, każdy trafia w cel. Na sam koniec biorę do ręki topór. Ponieważ już każda kukła jest przez mnie nadziana, celuję w dzirę w ścianie. Trafima idealnie.
- Dziękujemy panno Scotch.
Daję symboliczny ukłon i wychodzę.
Kiedy jestem już na naszym pietrze w korytarzu nie ma nikogo, kto chciał by wiedzieć jak mi poszło, więc postanawiam udać się do pokoju. Kąpię się i przebieram w zwiewną niebieską sukienkę. Jestem tak zmęczona, że po chwili zasypiam.
Budzi mnie głośne pukanie do drzwi.
- Och zlituj się Lena, otwieraj. Kolacja, pośpiesz się! - krzyczy Jack.
Wstaję z łóżka i wędruję do jadlani.
- O! Nareszcie - mówi ponuro Jack.
- Przepraszam, byłam strasznie śpiąca.
Nie mam w ogóle apetytu. Jem bułkę z masłem i popijam herbatą. Kiedy reszta kończy posiłek, siadamy przed telewizorem i czekamy na program.
Później na ekranie pojawia się godło.
Hennry dostaje 10 punktów, a Ally 7, Joe i Beth zdobywają po 8 punktów. Po trybutce z trójki na ekranie pojawia się zdjęcia Mika. Dostaje on...10! To fantastyczny wynik. Ja chyba za bardzo nie powaliłam organizatorów swoim występem. Oby to był wsoki wynik.
Mój wynik to...
niedziela, 26 maja 2013
Rozdział IV
Ludzie wykrzykują nasze imiona, pokazują nas. Są zachwyceni naszym wyglądem i zachowaniem. Kiedy znaleźliśmy się na placu, przestaliśmy się całować, po prostu się objeliśmy. Ludzie przesyłają nam całusy, machają i rzucają różę. Kochają nas. Zwróciliśmy na siebie dużo uwagi poprzez nasz czyn. Widzę swoją twarz na ekranie. Wyglądam olśniewająco. Nie pokazujemy się na ekranie zbyt często, ale w zasadzie publiczność patrzy tylko na nasz rydwan.
Kiedy się zatrzymujemy, prezydent Snow zaczyna wygłaszać swoją mowę. W ogóle go nie słucham, wolę się przyjrzeć pozostałym trybutom. Dzieciaki z dziesiątki przebrane są za świnie, ci z piątki za latarki, świecą się, ale nikt za bardzo nie zwracał na nich uwagi. Jak zwykle trybuci z jedynki wygladają olśniewająco, dzieciaki z dwójki groźnie. Niektórzy mają przestraszone twarze, a inni nie mogą się już doczekać, aż znajdą się na arenie i będą mogli zabijać.
Rydwan rusza, robimy jeszcze jedno okrążenie w okół budynku i znikamy w stajni. Rason i stylistka Mika - Lora chwalą nas, że wypadliśmy świetnie.
- Kostiumy były dobre, ale to co zrobiliście przed wjazdem na plac, przebiło wszystko. Byliście w centrum uwagi, choć osobiście uważam, że za mało czasu pokazywani byliście na ekranie - mówi Lora.
- Świetnie wam poszło, a teraz powinniśmy udać się na nasze piętro - oznajmia Jack.
Wsiadamy do windy, jest w niej 12 przycisków. Nam przypada piętro 4, ponieważ pochodzimy z czwartego dystryktu. Bardzo chciałabym być na 12 piętrze, bo widoki stamtąd na pewno są niezapomniane. Wysiadamy z windy.
- To piętro jest całe do naszej dyspozycji, aż do rozpoczęcia igrzysk - informuje nas Amelia.
Podchodzi do nas awoksa, czyli osoba z uciętym językiem. Prowadzi nas do naszych pokoi.
Znajduję się w dużym pomieszczeniu. Piękne łóżko przykryte miękką kołdrą, łazienka o kremowych kafelkach, wielki prysznic i wiele wolnego miejsca.
Amelia mówiła, że za pół godziny mamy być gotowi na kolacje.
Najpierw zdjemuje kostium i kładę go na łóżku, później udaję się do łazienki i zmywam makijaż z twarzy. Mam jeszcze trochę czasu, więc postanawiam się umyć. W mięciutkim szlafroku udaję się do szafy i wybieram sobie granatową bluzkę i luźne spodnie. Włosy związuje w koka. Chwilę później słyszę wołanie Amelii. Na korytarzu spotykam się z Mikiem. Za ręcę idziemy do jadalni.
Na talerz nakładam sobie rybę i pieczone ziemniaczki, wszystko popijam herbatą.
- Jutro zaczynają się treningi. Radzę wam zaprzyjaźnić się z trybutami z jedynki i dwójki. Pokażcie co umiecie, a sami do was podejdą. Przez 2 nastepne dni cały czas będziecie spędzać na treningach, 3 dnia odbędą się indywidualne pokazy - oznajmia Jack.
- A jeśli zawodowcy do nas nie podejdą? - pyta się Mike.
- Wtedy albo sami do nich podejdziecie, albo będziecie musieli poradzić sobie bez nich na arenie.
Chęć przyłączenia się do zawodowców nie bardzo mi leży, ale wtedy moje i Mika szanse wzrosną. Oczywiście nadejdzie taki czas, kiedy będziemy musieli zerwać sojusz, nie będzie nam wtedy łatwo. Przyjdzie też czas, kiedy ja i Mike będziemy musieli się rozstać na arenie i najprawdopodobniej po tym zdarzeniu już nigdy się nie zobazcymy. Nie! Odganiam od siebie tą myśl, na razie muszę się skupić na treningach, nie wiadomo nawet czy przeżyję pierwszy dzień.
-... i będzie dobrze - kończy Jack
Ech, znowu nie słuchałam, pewnie mówił coś o treningach, muszę nauczyć się słuchać.
- Obejrzyjmy paradę trybutów - proponuje Rason
Potakujemy głową i siadamy przed telewizorem. Przytulam się do Mika i zaczynam oglądać.
Wjeżdża rydwan trybutów z jedynki. Komendatorzy mówią jak są olśniewający, na widok dziewczyny i chłopaka z dwójki, oznajmiają, że wyglądają groźnie i niczego się nie boją. Kiedy na plac wjeżdżamy my i Mike, całujący się, publiczność szaleje. Claudius Templesmith - główny komendator jest oczarowany, zachwyca się widokiem dwóch młodych, zakochanych w sobie ludzi. Wyglądamy wspaniale. Widzę na ekranie, jak wiatr rozwiewa moje i Mika włosy. On jest blondynem i wygląda czarującą. Jest wyższy ode mnie i znacznie silniejszy, w końcu jest starszy o 2 lata. Reszta trybutów wygląda normalnie lub śmiesznie, na przykład trybuci przebrani za świnie.
- Okej, jutro czeka was ciężki dzień, wyśpijcie się i na 11 bądźcie gotowi.
Idę do siebie, aby się umyć i ubrać w piżamę, kiedy jestem gotowa, wymykam się z pokoju i idę do Mika. Jeszcze bierze prysznic, więc postanawiam popatrzeć przez okno. Kapitoliańczycy przechadzają się ulicami, na głowach mają kolorowe włosy lub wymyślne czapki. Czuję jak ktoś łapię mnie za ramiona. To Mike. Kładziemy się do łóżka i wtuleni w siebie próbujemy zasnąć. Ale ja nie chcę zasypiać, bo i tak przyśnią mi się koszmary, a wtedy będę się czuła gorzej niż po nie przespanej nocy.
- Powinnaś się zdrzemnąć - szepcze Mike.
Myślałam, że śpi, pewnie nie zamierza zmrużyć oka puki nie zasnę.
Patrzę na jego brązowe oczy i zastanawiam się ile zostało mi jeszcze dni życia. Tydzień, może mniej. Zaczynam się trząść.
- Hej, spokojnie, będzie dobrze, nie myśl teraz o arenie, ani o niczym innym, pomyśl o miejscu, które jest dla ciebie szczęśliwe - radzi mi Mike.
Wtulam się w niego jeszcze mocniej, czuję się bezpiecznie.
Rada Mika pomaga, bo tej nocy nie śnią mi się trybuci cali we krwi, albo umierający ojciec. Tej nocy śnię o miejscu, w którym zawsze byłam szczęśliwa. O miejscu, w którym poznałam Mika.
Kiedy się zatrzymujemy, prezydent Snow zaczyna wygłaszać swoją mowę. W ogóle go nie słucham, wolę się przyjrzeć pozostałym trybutom. Dzieciaki z dziesiątki przebrane są za świnie, ci z piątki za latarki, świecą się, ale nikt za bardzo nie zwracał na nich uwagi. Jak zwykle trybuci z jedynki wygladają olśniewająco, dzieciaki z dwójki groźnie. Niektórzy mają przestraszone twarze, a inni nie mogą się już doczekać, aż znajdą się na arenie i będą mogli zabijać.
Rydwan rusza, robimy jeszcze jedno okrążenie w okół budynku i znikamy w stajni. Rason i stylistka Mika - Lora chwalą nas, że wypadliśmy świetnie.
- Kostiumy były dobre, ale to co zrobiliście przed wjazdem na plac, przebiło wszystko. Byliście w centrum uwagi, choć osobiście uważam, że za mało czasu pokazywani byliście na ekranie - mówi Lora.
- Świetnie wam poszło, a teraz powinniśmy udać się na nasze piętro - oznajmia Jack.
Wsiadamy do windy, jest w niej 12 przycisków. Nam przypada piętro 4, ponieważ pochodzimy z czwartego dystryktu. Bardzo chciałabym być na 12 piętrze, bo widoki stamtąd na pewno są niezapomniane. Wysiadamy z windy.
- To piętro jest całe do naszej dyspozycji, aż do rozpoczęcia igrzysk - informuje nas Amelia.
Podchodzi do nas awoksa, czyli osoba z uciętym językiem. Prowadzi nas do naszych pokoi.
Znajduję się w dużym pomieszczeniu. Piękne łóżko przykryte miękką kołdrą, łazienka o kremowych kafelkach, wielki prysznic i wiele wolnego miejsca.
Amelia mówiła, że za pół godziny mamy być gotowi na kolacje.
Najpierw zdjemuje kostium i kładę go na łóżku, później udaję się do łazienki i zmywam makijaż z twarzy. Mam jeszcze trochę czasu, więc postanawiam się umyć. W mięciutkim szlafroku udaję się do szafy i wybieram sobie granatową bluzkę i luźne spodnie. Włosy związuje w koka. Chwilę później słyszę wołanie Amelii. Na korytarzu spotykam się z Mikiem. Za ręcę idziemy do jadalni.
Na talerz nakładam sobie rybę i pieczone ziemniaczki, wszystko popijam herbatą.
- Jutro zaczynają się treningi. Radzę wam zaprzyjaźnić się z trybutami z jedynki i dwójki. Pokażcie co umiecie, a sami do was podejdą. Przez 2 nastepne dni cały czas będziecie spędzać na treningach, 3 dnia odbędą się indywidualne pokazy - oznajmia Jack.
- A jeśli zawodowcy do nas nie podejdą? - pyta się Mike.
- Wtedy albo sami do nich podejdziecie, albo będziecie musieli poradzić sobie bez nich na arenie.
Chęć przyłączenia się do zawodowców nie bardzo mi leży, ale wtedy moje i Mika szanse wzrosną. Oczywiście nadejdzie taki czas, kiedy będziemy musieli zerwać sojusz, nie będzie nam wtedy łatwo. Przyjdzie też czas, kiedy ja i Mike będziemy musieli się rozstać na arenie i najprawdopodobniej po tym zdarzeniu już nigdy się nie zobazcymy. Nie! Odganiam od siebie tą myśl, na razie muszę się skupić na treningach, nie wiadomo nawet czy przeżyję pierwszy dzień.
-... i będzie dobrze - kończy Jack
Ech, znowu nie słuchałam, pewnie mówił coś o treningach, muszę nauczyć się słuchać.
- Obejrzyjmy paradę trybutów - proponuje Rason
Potakujemy głową i siadamy przed telewizorem. Przytulam się do Mika i zaczynam oglądać.
Wjeżdża rydwan trybutów z jedynki. Komendatorzy mówią jak są olśniewający, na widok dziewczyny i chłopaka z dwójki, oznajmiają, że wyglądają groźnie i niczego się nie boją. Kiedy na plac wjeżdżamy my i Mike, całujący się, publiczność szaleje. Claudius Templesmith - główny komendator jest oczarowany, zachwyca się widokiem dwóch młodych, zakochanych w sobie ludzi. Wyglądamy wspaniale. Widzę na ekranie, jak wiatr rozwiewa moje i Mika włosy. On jest blondynem i wygląda czarującą. Jest wyższy ode mnie i znacznie silniejszy, w końcu jest starszy o 2 lata. Reszta trybutów wygląda normalnie lub śmiesznie, na przykład trybuci przebrani za świnie.
- Okej, jutro czeka was ciężki dzień, wyśpijcie się i na 11 bądźcie gotowi.
Idę do siebie, aby się umyć i ubrać w piżamę, kiedy jestem gotowa, wymykam się z pokoju i idę do Mika. Jeszcze bierze prysznic, więc postanawiam popatrzeć przez okno. Kapitoliańczycy przechadzają się ulicami, na głowach mają kolorowe włosy lub wymyślne czapki. Czuję jak ktoś łapię mnie za ramiona. To Mike. Kładziemy się do łóżka i wtuleni w siebie próbujemy zasnąć. Ale ja nie chcę zasypiać, bo i tak przyśnią mi się koszmary, a wtedy będę się czuła gorzej niż po nie przespanej nocy.
- Powinnaś się zdrzemnąć - szepcze Mike.
Myślałam, że śpi, pewnie nie zamierza zmrużyć oka puki nie zasnę.
Patrzę na jego brązowe oczy i zastanawiam się ile zostało mi jeszcze dni życia. Tydzień, może mniej. Zaczynam się trząść.
- Hej, spokojnie, będzie dobrze, nie myśl teraz o arenie, ani o niczym innym, pomyśl o miejscu, które jest dla ciebie szczęśliwe - radzi mi Mike.
Wtulam się w niego jeszcze mocniej, czuję się bezpiecznie.
Rada Mika pomaga, bo tej nocy nie śnią mi się trybuci cali we krwi, albo umierający ojciec. Tej nocy śnię o miejscu, w którym zawsze byłam szczęśliwa. O miejscu, w którym poznałam Mika.
piątek, 24 maja 2013
Rozdział III
Budzę się spocona i przestraszona. Powoli przypominam sobie, że jadę do Kapitolu i że śnił mi się koszmar.
-Coś złego śniło ci się przez całą noc - ozywa się Mike.
-Tak, wiem, przepraszam, pewnie nie zmrużyłeś oka przeze mnie
-Nie, jest okej, mi też śniły się koszmary, jak się wierciłaś, to chociaż budziłaś mnie ze snu.
Słyszymy jak Amelia puka do drzwi.
-Dzisiaj dojedziemy do Kapitolu. Ubierzcie się i chodźcie na śniadanie!-mówi wesele kobieta.
-Pójdę do siebie się przebrać-oznajmia Mike.
Wstaję, myję się. Prysznic jest bardzo dziwny. Ma ze 100 przycisków. Wciskam pierwszy lepszy. Czuję się, tak jakbym stała na letniej mrzawce, następnie piana oblewa moje ciało i włosy, pachnie truskawkami. Po umyciu się, staję na macie, która mnie suszy i rozplątuje włosy. Ubieram się w liliową koszulkę na ramiączka i obcisłe spodnie, zakładam buty ze sznuruwkami i wychdzę z pokoju. Wracam się, by wziąść perłę od Ashley, która położyłam wczoraj na stoliku. Chowam ją do kieszeni spodni. Wchodzę do jadalni. Na talerz nakładam sobie jajko, bułkę, a na deser zjadam budyń.
Kiedy kończymy jeść, Jack zaczyna rozmowę.
-Dobrze, Mike, co potrawisz?-pyta Jack.
-Umiem posługiwać się trójzębem, dobrze idzie mi w walce wręcz, jako tako rzucam oszczepem.
-Dobrze, całkiem nieźle. Na treningach skup sie na zastawianiu sideł, rozpalaniu ogniska i rozpoznawaniu roslin. Rozwiń też umiejętniości rzucaniem nożami i podszkol się w tym, co już umiesz. A ty, Lena?-pyta Jack.
-Rzucam nożami, posługuję się toporem i posługiwać się trójzębem.
-Okej, na treningach ćwicz to co Mike. Musicie się przypodobać zawodowcą, wtedy wasze szanse wzrosną.
Zaraz potem za oknem widzę Kapitol.Jest ogromny i kolorowy. Wysokie budynki i jakieś kolorowe stworzenia. Ach, no tak to Kapitoljańczycy. Wyglądają jak zmutowane zwierzęta. Mają wczepione w skórę kamienie, niektóży wyglądają jak koty. Wygladają śmiesznie. Chwilę później wjeżdżamy na peron. Ludzie, jeśli tak można ich nazwać, pokazują pociąg palcami, machają nam i przesyłają całusy. Teraz niby nas kochają, ale za 5 dni będą obstawiać, które z nas umrze pierwsze. Nienawidzę ich, a najbardziej nienawidzę prezydenta Snowa!
Prosto z pociągu idziemy do Salonu Odnowy. Tam przejdę całkowitą metamorfozę. Stylistka o imieniu Ursia obmywa mi ciało. Jej kolega-Toren, podaje jej różne płyny i te takie. Kobieta o imieniu-Doria zaczyna wyrywać mi z ciała wszystkie włosy. Szczypie mie straszliwie, ale powsztrzymuje się od wydawania jakichkolwiek dźwięków. Po kilku godzinach, kiedy nie mam już na sobie żadnych włosków i jestem nasmarowana kremami, Doria oznajmia, że czas, abym zobaczyła się z moim stylistą.
Po kilku minutach do pokoju wchodzi młody mężczyzna.
-Witaj, mam na imię Rason i będę twoim stylistą-mówi.
-Witaj-odpowiadam.
Rason zajmuje się naszym dystryktem od roku. Na poprzedniej paradzie trybutów, dzieciaki z czwórki ubrane były tylko w koronę i sieć rybacką. Ten strój niekoniecznie przypadł mi do gustu.
-Twój strój będzie wyjątkowy-mówi.
Obym nie była przykryta siecią-myślę.
Rason wyjmuje z pokrowca stanik, który jest w kolorze niebieskim i wygląda jak fale na morzu. Dół mojego stroju to spódnica, podobna do góry od kostiumu, tyle że ma ciemniejszy odcień.
-Na początku chciałem, abyś wystąpiła w ogonie zamiast tej spódnicy, ale pomyślałem, źe i tak dół będzie zakryty przez rydwan, a jeszcze być się przewróciła-oznajmia Rason- co o tym myślisz?-pyta.
-Jest piękne, będę wyglądać jak syrena-mówię z zachwytem.
Rason ubiera mnie w mój fantastyczny kostium. Moje proste jak druty włosy podkręca i zakłada na nie wianuszek z podwodnych kwiatów. Wyglądam pięknie. Robi mi lekki makijaż i oznajmia, że jestem gotwa.
Idę z Rasonem do stajni. Widzę Mika, ubranego w luźne brązowe spodni i niebieską koszulę. W ręku trzyma trójząb. Wygląda jak rybak.
-Pięknie wyglądasz-mówi.
-Dziękuje, ty też.
Wchodzimy na rydwan. Rusza powóz trybutów z jedynki.
Denerwuję się. Mike obejmuje mnie i całuje w usta.
Całe Panem to widzi, bo gdy kończy ten czuły gest jesteśmy już na placu.
-Coś złego śniło ci się przez całą noc - ozywa się Mike.
-Tak, wiem, przepraszam, pewnie nie zmrużyłeś oka przeze mnie
-Nie, jest okej, mi też śniły się koszmary, jak się wierciłaś, to chociaż budziłaś mnie ze snu.
Słyszymy jak Amelia puka do drzwi.
-Dzisiaj dojedziemy do Kapitolu. Ubierzcie się i chodźcie na śniadanie!-mówi wesele kobieta.
-Pójdę do siebie się przebrać-oznajmia Mike.
Wstaję, myję się. Prysznic jest bardzo dziwny. Ma ze 100 przycisków. Wciskam pierwszy lepszy. Czuję się, tak jakbym stała na letniej mrzawce, następnie piana oblewa moje ciało i włosy, pachnie truskawkami. Po umyciu się, staję na macie, która mnie suszy i rozplątuje włosy. Ubieram się w liliową koszulkę na ramiączka i obcisłe spodnie, zakładam buty ze sznuruwkami i wychdzę z pokoju. Wracam się, by wziąść perłę od Ashley, która położyłam wczoraj na stoliku. Chowam ją do kieszeni spodni. Wchodzę do jadalni. Na talerz nakładam sobie jajko, bułkę, a na deser zjadam budyń.
Kiedy kończymy jeść, Jack zaczyna rozmowę.
-Dobrze, Mike, co potrawisz?-pyta Jack.
-Umiem posługiwać się trójzębem, dobrze idzie mi w walce wręcz, jako tako rzucam oszczepem.
-Dobrze, całkiem nieźle. Na treningach skup sie na zastawianiu sideł, rozpalaniu ogniska i rozpoznawaniu roslin. Rozwiń też umiejętniości rzucaniem nożami i podszkol się w tym, co już umiesz. A ty, Lena?-pyta Jack.
-Rzucam nożami, posługuję się toporem i posługiwać się trójzębem.
-Okej, na treningach ćwicz to co Mike. Musicie się przypodobać zawodowcą, wtedy wasze szanse wzrosną.
Zaraz potem za oknem widzę Kapitol.Jest ogromny i kolorowy. Wysokie budynki i jakieś kolorowe stworzenia. Ach, no tak to Kapitoljańczycy. Wyglądają jak zmutowane zwierzęta. Mają wczepione w skórę kamienie, niektóży wyglądają jak koty. Wygladają śmiesznie. Chwilę później wjeżdżamy na peron. Ludzie, jeśli tak można ich nazwać, pokazują pociąg palcami, machają nam i przesyłają całusy. Teraz niby nas kochają, ale za 5 dni będą obstawiać, które z nas umrze pierwsze. Nienawidzę ich, a najbardziej nienawidzę prezydenta Snowa!
Prosto z pociągu idziemy do Salonu Odnowy. Tam przejdę całkowitą metamorfozę. Stylistka o imieniu Ursia obmywa mi ciało. Jej kolega-Toren, podaje jej różne płyny i te takie. Kobieta o imieniu-Doria zaczyna wyrywać mi z ciała wszystkie włosy. Szczypie mie straszliwie, ale powsztrzymuje się od wydawania jakichkolwiek dźwięków. Po kilku godzinach, kiedy nie mam już na sobie żadnych włosków i jestem nasmarowana kremami, Doria oznajmia, że czas, abym zobaczyła się z moim stylistą.
Po kilku minutach do pokoju wchodzi młody mężczyzna.
-Witaj, mam na imię Rason i będę twoim stylistą-mówi.
-Witaj-odpowiadam.
Rason zajmuje się naszym dystryktem od roku. Na poprzedniej paradzie trybutów, dzieciaki z czwórki ubrane były tylko w koronę i sieć rybacką. Ten strój niekoniecznie przypadł mi do gustu.
-Twój strój będzie wyjątkowy-mówi.
Obym nie była przykryta siecią-myślę.
Rason wyjmuje z pokrowca stanik, który jest w kolorze niebieskim i wygląda jak fale na morzu. Dół mojego stroju to spódnica, podobna do góry od kostiumu, tyle że ma ciemniejszy odcień.
-Na początku chciałem, abyś wystąpiła w ogonie zamiast tej spódnicy, ale pomyślałem, źe i tak dół będzie zakryty przez rydwan, a jeszcze być się przewróciła-oznajmia Rason- co o tym myślisz?-pyta.
-Jest piękne, będę wyglądać jak syrena-mówię z zachwytem.
Rason ubiera mnie w mój fantastyczny kostium. Moje proste jak druty włosy podkręca i zakłada na nie wianuszek z podwodnych kwiatów. Wyglądam pięknie. Robi mi lekki makijaż i oznajmia, że jestem gotwa.
Idę z Rasonem do stajni. Widzę Mika, ubranego w luźne brązowe spodni i niebieską koszulę. W ręku trzyma trójząb. Wygląda jak rybak.
-Pięknie wyglądasz-mówi.
-Dziękuje, ty też.
Wchodzimy na rydwan. Rusza powóz trybutów z jedynki.
Denerwuję się. Mike obejmuje mnie i całuje w usta.
Całe Panem to widzi, bo gdy kończy ten czuły gest jesteśmy już na placu.
środa, 22 maja 2013
Rozdział II
-Wesołych Głodowych Igrzysk i niech los zawsze wam sprzyja!-mówi burmistrz na koniec swojego przemówienia.
W ogóle go nie słuchałam i tak co roku mówi to samo, o tym dlaczego organizowane są igrzyska. Amelia łapie nas za ręce i wprowadza do Pałacu Sprawiedliwości. Tam strażnicy kierują mnie i Mika do oddzielnych pokoi. Drzwi zamykają się. Znajduję sie w luksusowym pomieszczeniu. Kanapa z aksamitu, piękne stoły. Pokój jest bardziej luksusowy niż nasz dom w Wiosce Zwycięsców. Rok temu byłam w identycznym pomieszczeniu, gdy żegnałam się z bratem. Siadam na łóżku, a chwilę później do pokoju wchodzi mama z Tomem.
-Macie 5 minut-mówi srogim głosem strażnik pokoju.
Tom przytula się do mnie.
-Nie martw się, będzie dobrze, żyjecie teraz w bogactwie na pewno nie zabraknie wam jedzenia-mówię do brata.
-Postaraj się, spróbuj wrócić do domu, tak jak Jack-mówi błagalnym tonem Tom.
-Obiecuję.
Wstaje i podchodzę do matki.
-Będzie dobrze, dbaj o Toma. Nie płacz, tylko nie płacz-widzę jak do oczy matki napływają łzy.
-Czas minął-oznajmia szorstkim głosem strażnik.
-Poradzisz sobie, wierzymy w ciebie. Kochamy cię-mówią razem mama i Tom.
-Ja też was kocham-mówię, ale raczej już tego nie słyszą, bo drzwi zamykają się z hukiem.
Chwilę później do pokoju wchodzi Ashley.
-Słuchaj, wiem, że jest ci ciężko, bo w końcu jedziesz na igrzyska z Mikiem, ale wiesz dobrze dlaczego on się zgłosił. Chce cie chronić i nie chciał, abyś walczyła na arenie z bratem-mówi Ashley
-Oh, w obec tego będę musiała walczyć z kimś z kim sie spotykam i szczerze kocham-mówię zatrzymując łzy.
Ashley wzycha. Wyjmuje z kieszeniu swojej sukienki małą perełkę.
-To dla ciebie, niech przypomina ci, że w ciebie wierzymy i chronimy na odległość-mówi Ashley.
-Dziekuje-przytulam ją.
Cwilę później wchodzi strażnik i mówi, że już pora. Ashley wychodzi.
Amelia wchodzi do pokoju i mówi, iż czas udać się do pociągu. Za nią stoi Mike. Wchodzimy do samochodu, jeszcze nigdy nie miałam okazji czymś takim jechać. Przed pociągiem roi się od kamer i mieszkańców. Chwilę jeszcze stoimy i czekamy, aż kamery nasycą się naszym widokiem. Później wsiadamy do pociągu. Jest jeszcze nowocześniejszy od pokoju w pałacu.
-Za 3 godziny będzie kolacja, tam-wskazuje lewą stronę-są wasze pokoje. Możecie ubrac się w co tylko chcecie, wszystko jest do waszej dyspozycji.
Idę z Mikiem w stronę naszych pokoi.
Idę z Mikiem w stronę naszych pokoi.
-Mike...Nie powinieneneś tego robić
-Wolałaś stoczyć walkę z własnym bratem?
-Nie! Ale wcale nie będzie mi łatwiej stoczyc jej z tobą!
-Już dawno sobie obiecałem, że jeśli cię wylosują do Igrzysk, to zgłoszę się na ochotnika. Nie ważne czy wybraliby twojego brata czy kogoś innego. Zgłosiłem się bo chcę cię chronić i zrobię wszystko byś wróciła do domu-mówi Mike.
Wchodzimy do mojego pokoju, jest duży. Siadamy na łóżku i w objęciach zasypiamy.
Budzi nas mój brat. Widzę go pierwszy raz od dożynek. Wiem już, że będzie traktował mnie jak trybutkę, a nie siostrę, mu też nie jest łatwo.
-Chodźcie, czas na kolację-mówi Jack.
Zaspani wędrujemy do jadalni. Stół jest cały zasłany różnymi posiłkami. Po powrocie z igrzysk, Jack opowiadał mi, że nieźle tam karmią, ale nie miałam pojęcia, że aż tak!
Nakładam sobie na talerz makaron z małymi kulkami mięska. Nigdy nie jadłam czegoś takiego. Do szklanki nalewam sobie soku, chyba z truskawek. Raz w życiu jadłam takie owoce. To było na święta. Są słodkie i smaczne. Sok smakuje troche inaczej, ale i tak jest wyśmienity.
-To co, wszyscy zjedli, może obejrzymy relację ze wszystkich dożynek?-proponuje Jack.
Idziemy za nim na kanapę.
Na ekranie pojawia się godło Kapitolu. Najpierw widzimy dożynki w pierwszym dystrykcie. Wylosowana zostaje dziewczyna, która nazywa się Ally. Ma rude, długie włosy, jest wysoka i silna. Chłopak z jej dystryktu ma na imię Hennry, zadowolony zmierza na scenę. Jest silny i wysoki. W drugim dystrykcie wylosowana zostaje dziewczyna o brązowych włosach, jest wysoka i umięśniona, chłopak w jej dystrykcie ma chyba ze 2 metry i blond włosy. Potem widzę jak mnie wylosowują. Jestem zagubiona i przestraszona, szybko jednak udało mi się zmienić w nic nie czułą dziewczynę. Potem losuja Tom'a, widzę swoją zaskoczoną minę na ekranie, chwile później Mike zgłasza się na ochotnika. Z innych dystryktów zapamiętuję jeszcze przestraszoną dziewczynkę z 6 dystryktu, silny chłopak z 8 dystryktu, w jego oczach widzę szaleńczą rządzę mordu. Reszta trybutów niespycjalnie przypada mi w pamięć. Jack i tak kazał nam zapamietać tych z 1 i 2.
-Ci z 1 i 2 są silni. Będziecie musieli im pokazać na co was stać, aby wzieli was do sojuszu. Teraz idźcie spać, jutro pogadamy o waszych umiejętnościach.
Śpimy u mnie w pokoju, jesteśmy wtuleni w siebie. Co jakiś czas zasypiam, ale po chwili budzę się z wrzaskiem. Mike długo mnie uspokaja.
Nad ranem udaje mi się zasnąć. Pamietam, że śni mi się trybutka z dwójki, chce mnie dorwać i zabić. W końcu jej się udaje, wbija mi oszczep w głowę.
-To co, wszyscy zjedli, może obejrzymy relację ze wszystkich dożynek?-proponuje Jack.
Idziemy za nim na kanapę.
Na ekranie pojawia się godło Kapitolu. Najpierw widzimy dożynki w pierwszym dystrykcie. Wylosowana zostaje dziewczyna, która nazywa się Ally. Ma rude, długie włosy, jest wysoka i silna. Chłopak z jej dystryktu ma na imię Hennry, zadowolony zmierza na scenę. Jest silny i wysoki. W drugim dystrykcie wylosowana zostaje dziewczyna o brązowych włosach, jest wysoka i umięśniona, chłopak w jej dystrykcie ma chyba ze 2 metry i blond włosy. Potem widzę jak mnie wylosowują. Jestem zagubiona i przestraszona, szybko jednak udało mi się zmienić w nic nie czułą dziewczynę. Potem losuja Tom'a, widzę swoją zaskoczoną minę na ekranie, chwile później Mike zgłasza się na ochotnika. Z innych dystryktów zapamiętuję jeszcze przestraszoną dziewczynkę z 6 dystryktu, silny chłopak z 8 dystryktu, w jego oczach widzę szaleńczą rządzę mordu. Reszta trybutów niespycjalnie przypada mi w pamięć. Jack i tak kazał nam zapamietać tych z 1 i 2.
-Ci z 1 i 2 są silni. Będziecie musieli im pokazać na co was stać, aby wzieli was do sojuszu. Teraz idźcie spać, jutro pogadamy o waszych umiejętnościach.
Śpimy u mnie w pokoju, jesteśmy wtuleni w siebie. Co jakiś czas zasypiam, ale po chwili budzę się z wrzaskiem. Mike długo mnie uspokaja.
Nad ranem udaje mi się zasnąć. Pamietam, że śni mi się trybutka z dwójki, chce mnie dorwać i zabić. W końcu jej się udaje, wbija mi oszczep w głowę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)